Nie rób tego swojemu dziecku! - angielskie szkoły moim okiem

Od ponad trzech miesięcy pracuję w angielskich szkołach jako nauczyciel zastępczy. Czasem jestem na zawołanie - dzwonią i jadę uczyć biznesu, religii, matematyki, przyrody, plastyki i innych dziwnych przedmiotów. Czasem nawet uczę hiszpańskiego, a ostatnio zadomawiam się w podstawówkach i uczę smyki wszystkiego ;) 




Zdecydowanie wolę siedzieć z mniejszymi dziećmi niż użerać się w szkole średniej (coś między naszym gimnazjum a liceum) z dryblasami, które mają mnie szeroko w poważaniu i myślą, że mogą wszystko. System edukacji w Anglii jest naprawdę fascynujący. Tylu dodatkowych ludzi, takich sztucznych tworów a wyniki nadal słabe a o zachowaniu szkoda w ogóle mówić (chyba, że was to interesuje? - jeśli tak, dajcie znać).

Nie rozumiem angielskiego 

Przychodzę do sali, przedstawiam się, mówię, co będziemy robić. Rozdaję materiały i wyjaśniam zadania. Powtarzam kilkukrotnie zasady i przypominam, że w razie potrzeby chętnie pomogę. Po chwili wszyscy już pracują. No, prawie wszyscy. Wiem, że w grupie mam kilku Polaków - dziewczynki dzielnie rozpracowują zadania nie podnosząc nawet głów znad iPadów. Praca w parach, więc czasem ktoś coś głośniej powie, ale ogólnie warunki do pracy są. Jeden chłopiec siedzi i wyraźnie nie wie co ma zrobić, zaś dziewczynka z jego pary wykonuje zadanie po zadaniu nawet na niego nie patrząc. Szybka rozmowa z nią i już wiem - ona z nim pracować nie będzie, bo on nie rozumie nic i w ogóle się nie odzywa i ona nie wie jak się z nim porozumieć. Pytam chłopca, czy mogę mu jakoś pomóc. Zero reakcji, więc zadaję to samo pytanie po polsku. Zenkowi otwierają się oczy i buzia ze zdumienia i pyta "to ty Polka"? Oho, czyli zasady kultury też nieznane. Cierpliwie zwracam uwagę, że tak do nauczyciela się nie zwracamy i pytam, co się dzieje. Niestety, chłopiec nie zna angielskiego. No jest tu od września, ale co on może jak nie rozumie. Czasem jest asystent z polskim, ale tylko trochę mu pomoże i idzie dalej. A on siedzi jak taka sierota, nawet nie wie co słówko "city" oznacza. Okazuje się, że matka siedzi tu dużo dłużej ale mu w nauce nie pomaga. Nie ma nikogo, kto rozumiałby angielski na tyle, by wiedzieć, że nauczyciel prosi o poświęcenie uwagi i czasu, by dziecko popracowało nad językiem. Pewnie, że mogę pomóc w komunikacji skoro tu jestem, nie ma sprawy, przetłumaczę, ale to i tak nic nie zmieni. 

Przecież on sobie poradzi!

Nie można oczekiwać od dziecka, że nagle zacznie uczyć się angielskiego z książek, słowników i Internetu i każdy racjonalnie myślący dorosły o tym wie. No i po co dzieciak ma się uczyć sam, w domu? Przecież zna dwa podstawowe zdania (czy mogę iść do toalety i czy już koniec zajęć to najważniejsze zdania dla takiego dziecka). Za każdym razem, gdy spotykam takie dzieci zastanawiam się, co robią rodzice, dlaczego fundują coś takiego swojej latorośli? Na co liczą? Że dziecko samo załapie wszystko a oni będą je potem ciągać do lekarza, by wyjaśniało ich choroby, bo sami nie potrafią? Siedzą na zasiłku czy pracują? Znają ten angielski chociaż trochę? Dlaczego nie szukają pomocy? Czy w ogóle zdają sobie sprawę z tego, co to dziecko musi przeżywać?
Nowy kraj, nowy język, nowi ludzie, nowa kultura, zasady, plan dnia, sposób nauczania - wszystko nowe i zero pomocy. Owszem, można byłoby wziąć korepetytora, ale to kosztuje. A przecież tyle dzieciaków sobie świetnie radzi (obiektywnie - niekiedy o wiele lepiej niż cała reszta tej międzynarodowej mieszanki, bardzo często zgarniają najlepsze oceny, wygrywają konkursy i są niezwykle pracowite), więc i Zenek sobie poradzi w końcu. 

Mogłabym pisać i pisać, ba, nawet książka by z tego wyszła - w końcu mała blondynka w sali pełnej dryblasów z niebezpiecznie wysokim stężeniem testosteronu we krwi zawsze oznacza głupie teksty...

1 komentarz:

  1. Ja jestem ciekaw! Opowiadaj dalej o swojej pracy :D
    Pardos

    OdpowiedzUsuń