Mój sukces to czyjaś złość- celebracja triumfu

Zastanawia mnie dlaczego tak wiele osób boli czyjś sukces. I o ile po wielu próbach mogę w jakimś stopniu zrozumieć żal czy zazdrość tych, którym nie wyszło, o tyle umniejszanie swojego sukcesu jest zbyt powszechne, by móc je zaakceptować.




 Pewnie, że możemy podchodzić do wszystkiego na zasadzie "ach, to nic takiego". Jasne, że oprócz nas cała masa ludzi ukończyła te czy inne studia. Tysiące osób pootwierały własne biznesy a całe tabuny innych otrzymało w ostatnich dniach awans. Czy to oznacza, że nasz sukces jest mniejszy? 

Spróbuj powiedzieć komuś, że pracujesz w domu. Albo że uczysz innych. Albo że skończyłeś drugi kierunek i dwukrotnie (na jednym kierunku) obroniłeś się z niezłym wynikiem. To takie jedno wielkie nic, przecież X to dopiero ma klawe życie! Tyyyyleee osiągnął! 

Mogłabym się rozpisać na temat tego, co mi nie wyszło. Opisać dni, które sprawiały, że ledwo siedziałam z "oczami na zapałki". Albo o tym, jak rozbawiłam do łez komisję na egzaminie licencjackim robiąc z siebie idiotkę. Albo o kilku innych kwestiach. Nie zmienia to jednak faktu, że mam już uprawnienia do nauczania i mogę kontynuować naukę. Jasne, że jestem jednym z miliona (jeśli nie lepiej!) magistrów administracji i nie tylko ja znam angielski czy hiszpański. Ale to ode mnie zależy, czy mój sukces będzie umniejszany czy nie. 

Jednych boli to, że się angażuję. Inni, po latach, przyznają, że imponuję im szerokim wachlarzem zainteresowań i ogromną energią. Jeszcze inni obrabiają mi tyłek lub próbują mnie obrazić, umniejszyć rangę efektów mojej pracy albo twierdzić, że to nic takiego. Ja jednak, po wielu latach "nictakiegowania" otwieram gębę i mówię: tak, udało mi się! I jestem z tego dumna! Każdy, nawet najmniejszy triumf zasługuje na dojrzenie go, docenienie i celebrowanie.


Jak widzicie żyję i mam się całkiem nieźle. Porządkuję masę swoich przedmiotów osobistych, co sprawia, że minimalizm wydaje się być wybawieniem. Wpadłam chwilowo w wir pracy wszelakiej i ledwo nadążam za kolejnym dniem. Słowem - jestem w swoim żywiole i aż mnie ciarki przechodzą na myśl, że nadszedł czas na dokończenie ogromnych zmian w moim życiu. To chyba coś megapozytywnego, bo uśmiech z twarzy mi nie schodzi i pomimo wszelkich niedogodności nie dam go sobie zetrzeć :)

9 komentarzy:

  1. Też rozbawilam na licencjacie komisje - wchodząc do sali wypierdzielilam się na progu i Padłam przed nimi na kolana xD

    OdpowiedzUsuń
  2. Sama się czasem łapię na umniejszaniu swoich sukcesów, ale staram się z tym walczyć :) Ale strasznie irytują mnie ludzie, którzy innym wytykają najmniejsze potknięcia pomijając sukcesy... O swoje walczyć mi się nie chce, ale innych zaciekle bronię :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I błąd, trzeba zacząć dbać także o siebie i nie umniejszać swoich zasług (taka jestem mądra a sama to robię - walczę z tym!) :)

      Usuń
  3. Najczęściej jest tak, że ci, którzy próbują umniejszać sukcesy innych, nie widzą całej drogi, którą trzeba było przejść, by daną rzecz osiągnąć. Przecież za każdym, nawet najmniejszym sukcesem, kryją się wyrzeczenia i praca. Nic nie przychodzi samo, jak to wielu myśli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to zazdrość, bezsilność lub czysta złośliwość - nie mam pojęcia, ważne, byśmy sami siebie docenili :)

      Usuń
  4. mozesz skonkretyowac pojecie wlasnego sukcesu? chodzi ci o te ukonczenie dwoch kierunkow?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, to tylko mały procent moich sukcesów :D

      Usuń
  5. Brawo :). Cudowny wpis :). A Tobie życzę jeszcze więcej sukcesów :)

    OdpowiedzUsuń