Nabieranie dystansu, czyli gdzie mnie wcięło?

Nie wiem od czego zacząć. Działo się wiele, może zbyt wiele i nie potrafiłam się zdystansować. Zawsze miałam z tym problem, wszystkim się przejmowałam i zamartwiałam o każdą duperelę. Zależało mi. Tak strasznie mi zależało! 




Sęk w tym, że byłam coraz bliżej wypalenia. Niby ten rok miał być łatwiejszy bo tylko jeden kierunek, niby mniej na głowie (przecież projektor też został odstawiony na boczny tor). Niby, ale jednak wszystko zaczęło mi przeszkadzać. Wciągnęłam się w wyścig szczurów zamiast docenić to, co mam. Za każdym razem muszę sobie powtarzać, że trója czy czwóra to dobre oceny a ja przecież i tak mam mnóstwo obowiązków którym muszę sprostać. Nie, nie mam dzieci, ale porównując niekiedy swoją sytuację życiową z innymi zazdrościłam im wolności i możliwości skupienia się na jednym zadaniu.



Miałam plany, jednak one nie wypaliły. Zawsze dużo planowałam. Bez kalendarza jak bez ręki, nawet swój organizer zrobiłam (kolejne wersje będą lepsze!), jednak plan się przesunął i czeka mnie pierwszy wrzesień w karierze - w dodatku z podwójną obroną i mam nadzieję, że żaden egzamin do tego nie dojdzie.



Przez ostatnie tygodnie próbowałam wyrwać się z jakiegoś doła, walczyłam z czasem z nadzieją, że jednak czerwiec. Ale nie, ok. Zaczęłam szukać planów awaryjnych. Znalazłam kilka. Zaczęłam nabierać dystansu. Zajęło to sporo czasu, ale nie chciałam pisać żadnych smętnych postów, blog ma być radosnym miejscem, ma przynosić siłę, nie dobijać!

Zdjęcia z tego czasu znajdziecie na instagramie, na facebooku znajdziecie moją małą fanaberię :)


Chcę już tylko skończyć te studia, wynik mnie nie interesuje (i w nosie mam to, że ja się starałam a inni nie a i tak będziemy mieć te same uprawnienia) i chociaż już wiem, że będzie to później niż miało (i można nad tym się spuszczać i płakać i kląć i szukać winnych- ale po co?) - mam na siebie plan, jak nie wyjdzie znajdę kolejne wyjście. Zmieniam myślenie, jestem w stanie sobie świetnie poradzić nawet jeśli nie będzie to wyglądało tak jak na profilach z milionami "lajków" na insta.  Czas zacząć żyć zamiast poświęcać wszystko jakimś chorym obowiązkom.

Człowiek do godnego życia wcale nie potrzebuje tak wiele jak mi się kiedyś wydawało. Podążyłam drogą konsumpcji, zadaniowości i gdzieś zatraciłam szansę na poczucie zadowolenia z siebie. Za dużo się przejmuję, stresuję, rozmyślam, planuję. Czas to zmienić. W moim życiu zaczyna się minimalizm (nie tylko w otoczeniu) i wyrzucanie z planu dnia tego, co mnie denerwuje. A za jakiś miesiąc czeka mnie sesja. Co po studiach? Możliwości każdy ma sporo, ja sobie zafundowałam jeden rok więcej stresów, nerwów i harówki, więc na pewno się wynagrodzę...


Ten czas, który poświęciłam na życie prawie offline był naprawdę owocny - ułożyłam sobie w głowie, zdystansowałam się, trochę odpoczęłam, poznałam nowe miejsca, przyszło mi do głowy kilka pomysłów. Może je zrealizuję tutaj, gdy uporam się z tym, co mi strasznie ciąży. Mam nadzieję że trochę się za mną stęskniliście ;)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz