Poniedziałkowa piątka 2015 #8

Puk puk. Kto tam? Piątka. Jaka piątka? Poniedziałkowa :) Hue hue hue, czyli jaka sesja takie suchary. Oto przed Wami kolejna odsłona Tysiowego tygodnia. 




Jeśli chodzi o to gdzie byłam na słodkościach to na pewno nikogo nie zaskoczę zdjęciami z mojej ulubionej knajpki w mieście ;) Ci, którzy jeszcze nie byli na moim instagramie mogą zobaczyć jak ładnie płonął mój deser i posłuchać mojego głosu: klik




Spróbowałam zupy szparagowej z łososiem i śmiało Wam mogę polecić :)





Była też kawa na szybko między zajęciami:


I próbowanie nowości. Tym razem radler porzeczkowy. Moim zdaniem najlepsza jest cytrynowaWarka Radler  :) 


Skoro już jestem przy jedzeniu i piciu - w końcu dorwałam truskawki i zrobiłam duuużo koktajlu. Ale nie miałam czasu go wypić więc powędrował ze mną :) A ja szukam jakiegoś odpowiedniego opakowania na takie cuda. Jakieś pomysły? 


Poza tym podziwiałam piękno Bydgoszczy, bo serio, Bydgoszcz to ładne miasto! 








Udało mi się skończyć książkę i wpaść na nowe pomysły o których pisałam Wam ostatnio tutaj


Nutka, którą odnalazłam wczoraj (chodziła mi po głowie od piątku, więc się liczy do minionego tygodnia): 




Jak Wam minął tydzień? Mam nadzieję, że macie dużo energii na najbliższe dni :) 


Obudź swoją kreatywność- bookcrossing

Skoro w każdym z nas tkwi potencjał- dlaczego nie mamy go odkryć i dzielić się nim z innymi? 




W ostatniej poniedziałkowej piątce pisałam Wam o spotkaniu w księgarni PolAnglo w Bydgoszczy i o tym, że otrzymałam na nim książkę w prezencie. Została ona pochłonięta na raty (mimo chęci ukończenia lektury od razu) i zaliczam ją do bardzo dobrych pozycji. W trakcie czytania do głowy przychodziły tysiące myśli: od zwątpienia przez wyśmianie aż do inspiracji.



"Obudź swoją kreatywność" widzieliście już pewnie na moim instagramie. Dagmara Gmitrzak oprócz lekkości pióra ma dla mnie dar trafiania w samo sedno, przez co wybaczyłam kilka stron tekstu sprzecznego z moimi przekonaniami. Zaczynam się otwierać i pozbywać dylematu pt."muszę się skupić na jednym" -nie muszę :) Ogólnie zbyt wiele byłoby do opisywania jeśli chodzi o moje pomysły, więc zostawiłam je sobie do spisania w ciekawy zeszycik.

Jedną z moich inspiracji mogę Wam zdradzić a nawet Was włączyć w jej wykonanie. Czytałyście "Stowarzyszenie wędrujących dżinsów"? Strasznie podobał mi się pomysł na wysyłanie sobie wzajemnie jednego egzemplarza dżinsów między koleżankami. Początkowo książkę chciałam komuś sprzedać lub podarować (dążę do minimalizmu), jednak potem pomyślałam, że mogę zorganizować bookcrossing.

Jak to widzę?
Egzemplarz książki jest jeden, ze mnie blogerka żadna (więc i oferty nie spływają obfitym strumieniem), a inspiracji na tych stronach bez liku. Wniosek? Mogę wysłać książkę jednej z Was, która po przeczytaniu poda książkę dalej zainteresowanym osobom. Ten pomysł powstrzymał mnie od zakreślania inspiracji i wklejania karteczek z komentarzami. Jasne że najprostszą opcją byłoby kupno książki lub e booka ale pomysł jest akurat taki by spełnić moją zachciankę z dzieciństwa i teraz podrzucam go Wam.

 Co Wy na to? Realizujemy bookcrossing i dzielimy się pomysłami? Czekam na odpowiedź :)

Czy warto studiować administrację?

Nie wiem czym się kierowałam wybierając administrację jako swój kierunek studiów. Może zamiłowaniem do prawa i papierów? A może wydawał mi się banalny? Tak czy inaczej decyzja raz podjęta nie została przeze mnie zmieniona. Dlaczego warto studiować administrację? 






Miejsce

W moim umyśle nie narodziła się idea wyprowadzki z miasta rodzinnego. Czułam, że tu zostanę na czas studiów i będę dalej działać. Tak też zrobiłam.  Nie wpadłam na to, że mój wydział będzie na totalnym wygwizdowie, dalej już tylko slumsy i Toruń. No cóż. Chciałam zwiać stamtąd szybciej niż dotarłam a zostałam na 5 lat! 

Wybór 

Jeśli chodzi o wybór kierunku studiów - nigdy nie jest on łatwy. W ogóle co to za pomysł, by w tak dziwnym momencie decydować co studiować? Nieważne, żaden z kierunków nie był dla mnie tak interesujący, by błagać o przyjęcie. Ostatecznie kandydowałam na dziennikarstwo i komunikację społeczną, tzw. dziks, stosunki międzynarodowe i administrację. Dostałam się na wszystkie, więc pomysł "gdzie się dostanę tam pójdę" okazał się nietrafiony. Metodą eliminacji (przecież dziennikarstwo mam w praktyce w redakcji a na stosunkach uczą się o małych wysepkach i nie ma tu kontynuacji na magisterskich) została administracja. 

Zajęcia

Jeśli zastanawiasz się czy administracja to kierunek dla ciebie - przejrzyj siatki godzin dydaktycznych, sylabusy i inne dostępne "plany zajęć". Nie kieruj się sylwetką absolwenta! To ma przyciągać i z tego co widzę, przyciąga. Na przestrzeni pięciu lat miałam dwa razy prawo spółek (a już po pierwszym zakończeniu przygody spaliłam kodeks = musiałam kupić nowy), ponieważ zmieniły się siatki godzin, ale nie da się chyba tego uniknąć. Wiadomo, że nie wszystkie zajęcia są ciekawe (wiele z nich nie jest) ani nie uznasz ich za warte uwagi. Warto jednak odnaleźć chociaż jeden blok przedmiotowy który nas interesuje.

W moim przypadku specjalność wybierało się na studiach magisterskich i tak oto ukończyłam bezpieczeństwo publiczne, które w teorii miało przewidzianych wiele ciekawych zajęć. Na szczęście znalazło się kilku wykładowców dla których warto było przyjść posłuchać :)

Wymagania

Co roku są inne progi przyjmowania studentów, musisz sprawdzić na stronie uczelni. Jeśli chodzi o dalsze wymagania - dużo zależy od wykładowcy. Niektórzy męczą aż wystękasz swoje, inni odpuszczają, jeszcze inni pojawiają się na początku zajęć i pod koniec semestru by wpisać oceny. Uroki studiowania ;) Jeśli jednak zastanawiasz się nad prawem i wahasz się czy prawo czy administracja zdradzę ci coś o czym nie wiedziałam - na administracji też jest dużo historii. Administracja to takie trochę okrojone prawo, tzn. wkuwasz i nic z tego nie masz, bo możesz być administratywistą, albo, jak to bezczelnie się nazywa "biurwą".

Zaplecze

Musisz mieć gdzie mieszkać, co jeść i w co się ubrać, to oczywiste. Oprócz tego potrzebujesz czegoś do notowania (na ten temat będę pisać osobno) i kodeksów. Niektórzy wykładowcy wymagają posiadania książek, jednak podpytaj ludzi z trzeciego roku czy są jakieś potrzebne. Dlaczego? Studenci drugiego roku też byli zahukanymi pierwszakami i im książki sprzedano. Logiczne zatem, że chcą je wcisnąć świeżakom. Doskonale wiedzą, że książka jest zbędna, ale odzyskają kasę na piwo ;) 

Ratunku, nie chcę!

Tak, są momenty gdy się nie chce. Po prostu paruje mózg, ciało odmawia posłuszeństwa i trzeba zwolnić. Co pomaga? Stypendium. Obecnie nie musisz mieć średniej 5.0, wystarczy być aktywnym, znaleźć swoje poletko do działania poza studiami. U mnie było to koło naukowe, konferencje, projekty z biurem współpracy międzynarodowej, opieka nad Erasmusami, referaty, wolontariat w Projektorze, radio uniwersyteckie czy samorząd przez chwilę. Gdzieś tam wieczorami dłubałam pseudodziennikarskie teksty. O nudzie nie było mowy. Nawet jeśli teraz nie masz pomysłu na siebie - spokojnie, pomysły przychodzą same.  

Co po administracji? 

Uczelnie będą cię przekonywać, że każda praca biurowa jest dla ciebie, wszystko umiesz i jesteś super. Możliwe. Jakąś wiedzę na pewno mam, prawo zastosować umiem, ale że jednak to nie moja bajka - kończę zupełnie inny kierunek. Widzę jednak, że mało jest osób pracujących w zawodzie (jak po większości kierunków), jednak wszystko zależy od nas - jeśli nie przebąblujemy czasu studiów zauważymy plusy, chociaż nie wyobrażam sobie tylko studiować. A zaraz po obronie można spalić notatki i kodeksy klik :)

Poniedziałkowa piątka 2015 #7

Przyznaję, nie wiem na czym się skupić. Czas jakoś za szybko mi ucieka i nagle okazuje się, że za dwa tygodnie moja ostatnia sesja i naprawdę powinnam ogarnąć egzaminy i pracę.



Ostatni tydzień minął mi na walce z zaległościami :) z przyjemniejszych chwil:

Wybrałam się na lody i smak solony karmel przestał być zagadką. Smakuje bardzo dobrze ;) 

Misio +kawa w kryzysowym momencie tygodnia ;) 


 Spotkanie w księgarni PolAnglo zaowocowało kolejnymi pomysłami + otrzymałam książkę którą już pewnie widzieliście na insta .

Miałam okazje wypić domowe piwo. Liczyłam na cos wow ale troche zbyt wiele oczekiwałam ;) nadal wolę wino ;p 


Sobotę zaczęłam od ciasta ;) taka wena nie mogła się zmarnować ;) 

To by było na tyle jeśli chodzi o zdjęcia z zeszłego tygodnia które nie są zdjęciami notatek czy książek ;) 

Jak Wam minął tydzień? 

Mój pierwszy raz... samolotem

Są w życiu takie momenty które napawają nas lękiem i boimy się do nich dopuścić. Pierwszy raz w samolocie na pewno jest jednym z nich. 




Zawsze, gdy miałam do wyboru samolot lub inny rodzaj transportu wybierałam ten drugi. Nie przeszkadzało mi (no, powiedzmy, że nie narzekałam) płaskodupie po 38 godzinach w autobusie ani masa innych niedogodności. Nie mogłam się pozbyć wrażenia, że zaraz się rozbiję tym samolotem i tyle z tego życia będę miała.

Żyłam marzeniem, że ten pierwszy lot samolotem odbędzie się z kimś. Niestety (albo stety) byłam zdana tylko na siebie. Oczywiście nie obyło się bez drugiej próby asertywności (o poprzedniej chętnie czytaliście w zeszłym roku).

 A było to tak: przeszłam odprawę (w trakcie której prawie spadły mi portki bo nie wpadłam na to, że pasek też trzeba zdjąć), pogodziłam się z ewentualną katastrofą lotniczą, usiadłam grzecznie i zastanawiałam się czy pani migrena leci ze mną czy zostaje na lądzie. Podeszła do mnie pani w ciąży z pytaniem "nie zamieni się pani na miejsca prawda?"  W mojej głowie wizja "pochowają jej resztki w trumnie zamiast moich... Nie zgadzam się. Pani strzela focha - okazuje się, że jest z matką i dzieckiem a ja, taka wredna baba nie ustąpię jej mojego miejsca. Rzuca mi jakieś hasła o tym, że czasem trzeba być człowiekiem (a ja okazałam się być asertywna po raz drugi w moim życiu i całkiem nieźle mi poszło!) i bełkocze po swojemu. W końcu znalazła chętną, ale znów coś jej nie pasowało... Zastanawiałam się dlaczego nie wykupiła sobie miejsca i z jakiej racji mam oddawać swoje przy oknie na rzecz jakiegośtam. Zwłaszcza, że moja rodzina zna numer lotu i siedzenia i jak się rozbiję to chociaż mój pasek będą mieli. Tak, doskonale wiem, że prawie nic by po mnie nie zostało ale strach był tak paraliżujący, że nie byłam w stanie myśleć.

Oglądanie instrukcji przeżycia naprawdę uspokaja!


Sruuuu!!! Auć, moja głowa. Oooo zatkały mi się uszy. O, już nie boli. O kurdeee ja laaaaatam! Aaaa! Lecę. Chmurki takie piękne, wszystko takie małe. Tak wolno się poruszamy jeeeny jak miiiło... Ej, mam brudną szybkę, haloo! Jak to :(



Ooo tak łaaadnie. Ojej, mleko dookoła. Coś nie tak? Czy to tylko chmury? Moja rozbujała wyobraźnia robi swoje. 




Drugie sru. Tym razem lądowanie. Oklaski. Matko, naprawdę ludzie klaszczą w samolocie po wylądowaniu?! Uff, żyję!

Co prawda czułam każdy, nawet najmniejszy ruch samolotu - każde przekrzywienie odnotowywałam całym ciałem i aż mnie przechodziły ciarki, ale nie było tak źle jak mi się wydawało. Tyle nowości dookoła...


Z powrotem obyło się bez nieprzyjemności. Mimo że czułam każdą zmianę położenia udało mi się nawet zasnąć :) Lot trwał krócej niż miał, znów miałam miejsce przy oknie i piękne widoki. Obudziłam się dopiero w momencie gdy dotknęliśmy ziemi - aż się przestraszyłam. Tym razem nikt nie klaskał. Muszę jednak przyznać, że niebo przed wylotem nie zapowiadało zbyt przyjemnej podróży. Miałam wrażenie, że będzie tragicznie.


Po chwili jednak poczułam ogromny spokój i po raz kolejny podziwiałam widoki (i zachowanie skrzydła, tak na wszelki wypadek, bo przecież jakby się coś dało to nas uratuję ;P )



Tym razem nie miałam kolejki z pierwszeństwem, ale fakt, że miałam tylko plecak sprawił, że nie został on zakwalifikowany do oddania - mogłam go zabrać do kabiny. Inni dostali naklejki a ich bagaż miał trafić tam, gdzie rejestrowany. Jeden człowieczek robił takie awantury z tego powodu, że załoga ponownie prosiła go o oddanie bagażu a on udawał, że nie rozumie angielskiego... W końcu ktoś mu przemówił do rozumu i farsa się skończyła. Później jechałam z nim autobusem i opowiadał o swoim locie - słowem nie wspomniał o swoim awanturowaniu się :P

Wniosek? Nie taki diabeł straszny jak go malowałam a wolę mieć krągłe pośladki niż płaskodupie po ponad dobie w autokarze :P Może faktycznie to najbezpieczniejszy środek transportu i dam mu szansę?

Jak przeżyć swój pierwszy raz na lotnisku? Jak się przygotować?
Nie wiem, właściwie wszystko jest intuicyjne. Co prawda zawsze lubię mieć plan i wiedzieć co mnie czeka, ale wystarczyło, że powiedziałam że to mój pierwszy raz i pani powiedziała co mam wyłożyć na tackę a czego nie (telefony, czytnik kindle, pendrive'y, karty pamięci - wszystko chciała zobaczyć). Właściwie to jest to trochę jak chodzenie od punktu do punktu  ;)

Co mogę zabrać w bagażu podręcznym? 
Podobno płyny powinny być w opakowaniach do 100 ml, maksymalnie można przewieźć litr takich płynów a to wszystko zapakowane w foliową zamykaną torebkę. Stres jednak sprawił, że nawet szczotki nie wzięłam a co dopiero zastanawiać się nad płynami ;)
Wiadomo, ubrania, notatki i cała reszta pierdół też miała swoje miejsce. Ryanair oferuje dwa bagaże podręczne - większy do 10 kg i mniejszy rozmiaru toreb które nosimy na co dzień. Oczywiście taka panikara jak ja musiała wziąć najbardziej mikroskopijną torebeczkę świata :P A jak panikowałam, że mi się bagaż nie zmieści...

Migrena a latanie - jak to jest ?
Podobno migrena nie wyklucza latania. U mnie obyło się bez ekscesów, migrena nie pojawiła się ani przy starcie ani w trakcie lotu ani przy lądowaniu. Co prawda zatykały mi się uszy (i wolałam jak były zatkane bo było ciszej a bałam się, że gdy będę słuchać muzyki nie usłyszę że się rozbijamy :P) ale ogólnie obyło się bez problemów. Polecam wrzucić na telefon/ MP3 ulubioną muzykę na odstresowanie :) Nie ma jednak pewności, że nie dostaniesz migreny. Na wszelki wypadek miałam pod ręką buteleczkę wody mineralnej i tabletki. Na szczęście nie były potrzebne ;)

Tak jak pisałam, rok 2015 jest rokiem zmian. Pierwszy lot samolotem to naprawdę nic strasznego. Ale przeżycie, jak dla takiej panikary jak ja, ogromne! 


Paznokcie hybrydowe - czy warto?


Paznokcie są  ozdobą kobiety.  Czasem się łamią a czasem rosną jak szalone i wzbudzają zazdrość i podziw innych. Sposobów na ich pielęgnację i zdobienie jest mnóstwo. Które wybrać? 





Nie podobają mi się paznokcie typu szpony i inne sztuczne twory rodem z odpustu. Bardzo często robione są przez laski, które nie mają zielonego pojęcia o tym, co robią ale skończyły pierwszy lepszy kurs i są "specami" od żeli, akryli i innych tipsów. Miałam jednak ochotę na jakąś odmianę...

Zainteresowały mnie dwa rodzaje manicure: japoński i hybrydowy. Na japoński jeszcze trochę poczekam, dziś przybliżę Wam kwestie związane z hybrydami.

Hybrydy, czyli paznokcie hybrydowe to taki dziwny twór - wiedziałam tylko, że lakier utrzymuje się około 2 tygodni i można wyhodować pod nim długie paznokcie. Ze względu na ciekawość i brak czasu na pielęgnowanie pazurków zdecydowałam się spróbować.



Jak się robi hybrydy? 
U mnie zrobiono manicure hybrydowy na naturalnej płytce, czyli na moich własnych paznokciach. Najpierw opiłowano płytkę i pozbyto się skórek, następnie nałożono jakieś utwardzacze i naświetlono paznokcie lampą. Następnie nałożono kolor, utwardzono i dano jakiś top. Później chyba znów naświetlanie i spokój.

Jaki kolor wybrać?
Nie mogłam się zdecydować, bo wybór był naprawdę spory a kolekcja się powiększa... Ostatecznie zdecydowałam się na niebieski z różowym w neonowych opcjach i pokazałam Wam efekt na facebooku. Ciężko jednak było uchwycić te odcienie na zdjęciu...


Ile trwa nakładanie hybrydy? 
Zależy ile gadasz z kosmetyczką ;) , ale około godziny chyba powinno się liczyć, mi bardzo szybko minął czas naświetlania, zwłaszcza, że były dwie lampy  :)


Jak z trwałością hybryd? 
Lakier trzyma się minimum dwa tygodnie (jest na to gwarancja), czasami dłużej. Mnie ostrzegano przed odrostami - nie wyglądają zbyt dobrze i wkurzają nerwowe osoby (czyli mnie). Słowem - jest to zabawa dla cierpliwych a czas pięknego wyglądu paznokci zależy od ich tempa wzrostu.

Gdzie zrobić hybrydy? 
Jeśli jesteś w stanie zrobić je sama i masz do tego sprzęt - możesz bawić się w domu. Możesz też zamówić jakąś mobilną kosmetyczkę jeśli masz sprawdzoną. W Bydgoszczy polecam gabinet Lakme  nie tylko z powodu cen, ale głównie ze względu na czystość w gabinecie i podejście do życia i klienta właścicielki :) Zresztą, jestem nią zachwycona od pierwszej wizyty o której już Wam pisałam przy okazji tematu jak doznać przyjemności.

Nie, nie jest to post sponsorowany - jestem baardzo zadowolona z usług i uważam, że takie miejsca należy chwalić :)

Jak zdjąć hybrydy?
Najlepiej w salonie. Nakłada się zmywacz do paznokci z acetonem, zawija paluchy w sreberka (całkiem jak świstak) i hybryda sobie odchodzi z płytki. Potem delikatne skrobanie (które może łaskotać) i lakieru na paznokciach nie ma :) Następnie odżywka i hybrydy przechodzą do przeszłości.

Jak wyglądają paznokcie po zdjęciu hybryd? 
Dobrze, chyba jak przed ;) Wyglądają o tak:


Czy jestem zadowolona?
Bardzo! Paznokcie wyglądały pięknie- niesamowicie się błyszczyły, nie miały żadnych odprysków i miały idealny żarówkowy kolor (którego zdjęcia nie oddają). Dodatkowo, co dla mnie bardzo ważne, podrosły chronione warstwami hybrydy. Niestety, zahaczyłam o kilka pazurków włosami i zerwałam je bo mnie irytowały. Ostatecznie chyba nic im nie zrobiłam ;)


Na instagramie wielu z Was podobały się te lakiery. Moim zdaniem brakuje tu niebieskiego neonu ;)


Póki co wróciłam do zwykłych lakierów. Nie mogłam się zdecydować na jeden kolor więc wyszło na to, że spędzam czas w towarzystwie takich żywych, neonowych kolorów :)  I po raz kolejny nie mogłam uchwycić tego "żywego" koloru:




Co sądzicie o hybrydach? Podoba Wam się opcja idealnych paznokci przez dwa tygodnie bez wysiłku? :) A może same robicie hybrydy w domu? 



Nabieranie dystansu, czyli gdzie mnie wcięło?

Nie wiem od czego zacząć. Działo się wiele, może zbyt wiele i nie potrafiłam się zdystansować. Zawsze miałam z tym problem, wszystkim się przejmowałam i zamartwiałam o każdą duperelę. Zależało mi. Tak strasznie mi zależało! 




Sęk w tym, że byłam coraz bliżej wypalenia. Niby ten rok miał być łatwiejszy bo tylko jeden kierunek, niby mniej na głowie (przecież projektor też został odstawiony na boczny tor). Niby, ale jednak wszystko zaczęło mi przeszkadzać. Wciągnęłam się w wyścig szczurów zamiast docenić to, co mam. Za każdym razem muszę sobie powtarzać, że trója czy czwóra to dobre oceny a ja przecież i tak mam mnóstwo obowiązków którym muszę sprostać. Nie, nie mam dzieci, ale porównując niekiedy swoją sytuację życiową z innymi zazdrościłam im wolności i możliwości skupienia się na jednym zadaniu.



Miałam plany, jednak one nie wypaliły. Zawsze dużo planowałam. Bez kalendarza jak bez ręki, nawet swój organizer zrobiłam (kolejne wersje będą lepsze!), jednak plan się przesunął i czeka mnie pierwszy wrzesień w karierze - w dodatku z podwójną obroną i mam nadzieję, że żaden egzamin do tego nie dojdzie.



Przez ostatnie tygodnie próbowałam wyrwać się z jakiegoś doła, walczyłam z czasem z nadzieją, że jednak czerwiec. Ale nie, ok. Zaczęłam szukać planów awaryjnych. Znalazłam kilka. Zaczęłam nabierać dystansu. Zajęło to sporo czasu, ale nie chciałam pisać żadnych smętnych postów, blog ma być radosnym miejscem, ma przynosić siłę, nie dobijać!

Zdjęcia z tego czasu znajdziecie na instagramie, na facebooku znajdziecie moją małą fanaberię :)


Chcę już tylko skończyć te studia, wynik mnie nie interesuje (i w nosie mam to, że ja się starałam a inni nie a i tak będziemy mieć te same uprawnienia) i chociaż już wiem, że będzie to później niż miało (i można nad tym się spuszczać i płakać i kląć i szukać winnych- ale po co?) - mam na siebie plan, jak nie wyjdzie znajdę kolejne wyjście. Zmieniam myślenie, jestem w stanie sobie świetnie poradzić nawet jeśli nie będzie to wyglądało tak jak na profilach z milionami "lajków" na insta.  Czas zacząć żyć zamiast poświęcać wszystko jakimś chorym obowiązkom.

Człowiek do godnego życia wcale nie potrzebuje tak wiele jak mi się kiedyś wydawało. Podążyłam drogą konsumpcji, zadaniowości i gdzieś zatraciłam szansę na poczucie zadowolenia z siebie. Za dużo się przejmuję, stresuję, rozmyślam, planuję. Czas to zmienić. W moim życiu zaczyna się minimalizm (nie tylko w otoczeniu) i wyrzucanie z planu dnia tego, co mnie denerwuje. A za jakiś miesiąc czeka mnie sesja. Co po studiach? Możliwości każdy ma sporo, ja sobie zafundowałam jeden rok więcej stresów, nerwów i harówki, więc na pewno się wynagrodzę...


Ten czas, który poświęciłam na życie prawie offline był naprawdę owocny - ułożyłam sobie w głowie, zdystansowałam się, trochę odpoczęłam, poznałam nowe miejsca, przyszło mi do głowy kilka pomysłów. Może je zrealizuję tutaj, gdy uporam się z tym, co mi strasznie ciąży. Mam nadzieję że trochę się za mną stęskniliście ;)