30 day challenge – podsumowanie

Zapowiadało się świetnie, potem było trochę gorzej. Nie zniechęcam się, nie obwiniam, nie oceniam – doceniam, że w ogóle coś ruszyłam. Przede mną chyba dwa najtrudniejsze miesiące „podwójnego życia” i powinno być z górki. Pozytywne nastawienie to połowa sukcesu 🙂

 

Węgierski jest u mnie nadal na etapie słuchania. Nauczyłam się kilku pierwszych słów, opatrywałam się z nimi i osłuchiwałam. Wiem, że brzmienie tego języka mnie chyba bawi, przez co naprawdę mnie pociąga. Może polecicie jakieś materiały ? Póki co głównie buszuję po stronach internetowych, więc się podzielę : hungarian reference i let’s learn hungarian  Czekam na dni wolności by się nimi odpowiednio zająć 🙂

Angielski: tu już było trochę lepiej. To znaczy odkryłam nowy serial i przepadłam. Na szczęście nadrobiłam już wszystkie możliwe odcinki. Jak do tego doszło?  Uwielbiałam Desperate Housewives i inne seriale, jednak większość albo się skończyła albo ma przerwę. Szukałam czegoś nowego. Próbowałam się przekonać do Vampire Diaries, ale czegoś brakowało. I tak oto dotarłam do Devious Maids. Jestem już na bieżąco i niektóre teksty są meega zabawne. Mogę z czystym sercem polecić tę nowość 🙂

Powtórzyłam jakieś dziwne słówka i czasowniki nieregularne (to już w powodu pomocy innej osobie, ale też się liczy) i póki co dałam na wstrzymanie (obejrzanych filmów i odcinków seriali nie zliczę!)

Hiszpański: Jak wiecie jest moim językiem kierunkowym i teoretycznie powinnam mu poświęcić najwięcej czasu. W praktyce skończyło się na uczeniu bieżącym, zrobieniu zadań z gramatyki z jakiegoś niższego poziomu, słuchaniem z egzaminów DELE i ogólnym zniechęceniem „Bo ja nie zdam peenjotóóóów!” Dziś czytam książeczkę do końca i biorę się za kolejną. Nie wiem jak to działa, ale mam tyle energii do nauki rano, a po zajęciach i dziwnych innych obowiązkach padam na twarz. W sumie chyba Hiszpanie mają rację, że się zmieniam powoli w Hiszpankę – spóźniam się i wszystko na wszystko potrafię odpowiedzieć  „jutro” <bromas!> 🙂

Fracuski: Niby bym chciała znać ale drobne błędy na kołach kumulują się i obniżają mi nie tylko nastrój. Tu elizja, tam akcent i się zbiera. Mimo wszystko w tym roku chcę go tylko mieć z głowy.

Jestem strasznie dumna, że mimo wątpliwości, zniechęcenia i podłamania dalej próbuję robić te egzaminy. Ba, nawet projekty zadań na lekcje oddaję z hiszpańskiego na czas i błędy zwykle są literówką lub durnym niedopatrzeniem (bo po co przeczytać jeszcze raz po wydrukowaniu), chociaż strasznie mnie denerwuje, że gdy już napiszę jakieś ćwiczenie to potem nie widzę w ogóle literówek i innych błędów. Pewnie kwestia wprawy. Tak czy inaczej jeszcze z żadnej uczelni nie wyleciałam 😉

Mam ogromną nadzieję, że Wam poszło lepiej.  Czekam na Wasze relacje, opinie, wrażenia. I chyba czas na majową edycję? 🙂

Martyna Tadrowska - wulkan energii. Kocha alpaki, uczy hiszpańskiego i przeżywa właśnie kolejną życiową przygodę w Wielkiej Brytanii. W wolnym czasie sama nie wie co ze sobą zrobić bo co chwilę namalowuje jej się coś nowego i ją "nosi".

0 Comments

  1. Kiniaczek
    2 maja 2014

    Trzymam za Ciebie kciuki jeżeli chodzi o języki 🙂 Ja nigdy nie miałam aż tak dużej determinacji jeżeli o nie chodzi 🙂

    Odpowiedz
  2. Itysia
    7 maja 2014

    Dzięki, teraz będzie mi jeszcze bardziej "łyso" jak coś się nie uda 😛

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *