Wyciskacz łez: The lost Valentine

Nie wiem dlaczego, ale większość ostatnio oglądanych filmów okazało się być tradycyjnymi wyciskaczami łez. Ewentualnie może się okazać, że zrobiłam się bardziej wrażliwa niż zwykle... 

źródło: Filmweb

Walentynek nie lubię, więc wszelkie filmy produkowane na ten-jeden-dzień-w-roku-kiedy-wszyscy-sobie-słodzą drażnią mnie nieziemsko. Ot tak po prostu, bo co to za frajda dostać kwiatek czy iść do kina wtedy, kiedy większość par celebruje dzień patrona chorych psychicznie?

Tradycyjnie gdzieś coś mi się w oczy rzuciło i zapisałam. Film został ściągnięty i grzecznie czekał w kolejce na obejrzenie. Aż się doczekał.

Zakochani w sobie bez pamięci małżonkowie, obowiązki, które ich rozdzielają, dziecko, które dorasta tylko z matką - banał. W dodatku skrzyżowany trochę z filmem o Hachiko. Zauważa to dziennikarka, która ma przygotować materiał o kobiecie, która co roku, w Walentynki, czekała na stacji na swojego ukochanego.



Kilka krzyżujących się wątków, nowa, młodzieńcza miłość sprawiająca, że i stara odżywa i odkrywa sekrety miłości sprzed lat. Niby nic takiego a jednak łzy poleciały. Nawet nie ma sensu dalej opisywać, bo jeśli ktoś z Was chce zobaczyć ten film - spoiler nie jest zbyt przydatny ;) 

2 komentarze:

  1. Nie oglądałam filmu o którym napisałaś w tym poście, ale obejrzeliśmy kilka dni temu ''Plac Zbawiciela'', który delikatnie mówiąc wbił mnie w podłogę...

    Pozdrawiam!
    J.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki, dodaję do listy "do obejrzenia" :)

    OdpowiedzUsuń