Jak planowanie czasu można sobie wsadzić...

Sesja, jakakolwiek, to czas na lepsze niż zwykle zorganizowanie się. A już dwie to w ogóle... To czas na posprzątanie wszystkiego, ugotowanie i całą resztę zadań. Tym razem z tym walczę, rozplanowałam co kiedy zrobić i... 

Tak, zgodnie z tematem mogę sobie to wsadzić w  (tu wstaw miejsce). Dlaczego? 

1. Posypały się kolokwia na już, na wczoraj - nieważne, że mogli o tym pomyśleć wcześniej, że jest po kilka na jeden dzień a nawet na jedne zajęcia. Nie narzekam, przecież to normalne.

2. Referaty na kiedyśtam na ileśtam stron - spoko, przede mną egzamin z cyklu "notatki zżarło, nic nie pamiętam, historia mnie nienawidzi i dlatego nie kojarzę a tym bardziej nie pamiętam" a tu jeszcze pisanie referatu i tworzenie jakiejś umowy... 

Gdy wykładowca w trakcie zaliczenia ćwiczeń mówi mi, że jednak mam zrobić coś, czego robić nie miałam (niby) a mój kalendarz jest już zapchany do granic możliwości nauką, pracą i innymi dziwnymi obowiązkami to po prostu coś mnie trafia.

 Podobnie na ćwiczeniach z jakiegoś szumnie nazwanego czegoś związanego z UE, które pojawiły się w planie pod koniec listopada (już po egzaminie z wykładów) a dopiero dwa tygodnie temu okazało się, że trzeba napisać projekt. Nieważne, że są zaliczenia i egzaminy i nie mamy czasu nad tym ślęczeć. "Ja bym to zrobił w 15 minut to i Wy możecie, to nie wymaga kucia". No spoko, ale wymaga tego, czego nam teraz brakuje WOLNEGO CZASU (te projekty unijne nie są na pół kartki A4 i wymagają "trochę" pracy).


Zastanawia mnie dlaczego wykładowcy nie są w stanie sobie zorganizować odpowiednio czasu i w ten sposób odbija się to na nas, studentach. Przecież referat można było zadać przed świętami i każdy, kto by chciał miałby już zrobiony i oddany i spokojnie by się uczył. Kolokwia w sumie też można było zapowiedzieć na zasadzie "czeka was jeszcze jedno". Niektórzy jeszcze mają nieobecności do wykorzystania, inne zajęcia typu praca, nauka, drugi kierunek i cała reszta.

Gdybym wiedziała o referacie miałabym już go wysłanego, a tak między zaliczeniami a egzaminem mam jeden dzień wolnego, zaś między egzaminem a oddaniem referatu mam kilkanaście godzin do deadline'u, z których trzy spędzę pracując. Biblioteka nie jest otwarta wieczorami i w  nocy, ci ludzie też mieli przerwę świąteczną i nie ukrywajmy, ale nie wyczaruję sobie źródeł, nie wypożyczę tych, których się nie wypożycza,  ani nie otworzę biblioteki wtedy, gdy potrzebuję. I nie chodzi tu o to, by narzekać, bo sobie poradzę, tylko kurczę jak mam sobie planować tydzień skoro jak grzyby po deszczu wyrasta coś, co można było zapowiedzieć wcześniej? 

Kserówki z historii się wstydzą i schowały się za zeszytem, w którym w sumie niewiele mam :P 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz