Poniedziałkowe wyzwanie #3 - wyluzuj!

Tym razem nie będzie czytania czy odkładania wszystkiego na bieżąco. Będzie za to wprowadzanie spokoju i relaksu. To chyba największe wyzwanie jakie sobie postawiłam w ostatnim czasie. 


oczyszczanie-organizmu.info


Jestem bardzo nerwowa, z natury. Wszystko mnie stresuje. I wszyscy. I martwię się dużo, często i nawet ze zbyt dużą częstotliwością. W trakcie sesji jest jeszcze gorzej. Ale w tym tygodniu, który jest chyba najtrudniejszy, nie tylko będę powtarzać, że mam się uspokoić ale też zrobię wszystko by wyluzować.


Odkryłam, że jeszcze trochę a osiwieję, natłok zadań, brak czasu + natura stresorka... Koszmar. Nie będę buszować po sieci szukając sposobów na uspokojenie - poszukam ich sama. Mam nadzieję, że z dobrym skutkiem...

peacefulhabits.blogspot.com 


Jak planowanie czasu można sobie wsadzić...

Sesja, jakakolwiek, to czas na lepsze niż zwykle zorganizowanie się. A już dwie to w ogóle... To czas na posprzątanie wszystkiego, ugotowanie i całą resztę zadań. Tym razem z tym walczę, rozplanowałam co kiedy zrobić i... 

Tak, zgodnie z tematem mogę sobie to wsadzić w  (tu wstaw miejsce). Dlaczego? 

1. Posypały się kolokwia na już, na wczoraj - nieważne, że mogli o tym pomyśleć wcześniej, że jest po kilka na jeden dzień a nawet na jedne zajęcia. Nie narzekam, przecież to normalne.

2. Referaty na kiedyśtam na ileśtam stron - spoko, przede mną egzamin z cyklu "notatki zżarło, nic nie pamiętam, historia mnie nienawidzi i dlatego nie kojarzę a tym bardziej nie pamiętam" a tu jeszcze pisanie referatu i tworzenie jakiejś umowy... 

Gdy wykładowca w trakcie zaliczenia ćwiczeń mówi mi, że jednak mam zrobić coś, czego robić nie miałam (niby) a mój kalendarz jest już zapchany do granic możliwości nauką, pracą i innymi dziwnymi obowiązkami to po prostu coś mnie trafia.

 Podobnie na ćwiczeniach z jakiegoś szumnie nazwanego czegoś związanego z UE, które pojawiły się w planie pod koniec listopada (już po egzaminie z wykładów) a dopiero dwa tygodnie temu okazało się, że trzeba napisać projekt. Nieważne, że są zaliczenia i egzaminy i nie mamy czasu nad tym ślęczeć. "Ja bym to zrobił w 15 minut to i Wy możecie, to nie wymaga kucia". No spoko, ale wymaga tego, czego nam teraz brakuje WOLNEGO CZASU (te projekty unijne nie są na pół kartki A4 i wymagają "trochę" pracy).


Zastanawia mnie dlaczego wykładowcy nie są w stanie sobie zorganizować odpowiednio czasu i w ten sposób odbija się to na nas, studentach. Przecież referat można było zadać przed świętami i każdy, kto by chciał miałby już zrobiony i oddany i spokojnie by się uczył. Kolokwia w sumie też można było zapowiedzieć na zasadzie "czeka was jeszcze jedno". Niektórzy jeszcze mają nieobecności do wykorzystania, inne zajęcia typu praca, nauka, drugi kierunek i cała reszta.

Gdybym wiedziała o referacie miałabym już go wysłanego, a tak między zaliczeniami a egzaminem mam jeden dzień wolnego, zaś między egzaminem a oddaniem referatu mam kilkanaście godzin do deadline'u, z których trzy spędzę pracując. Biblioteka nie jest otwarta wieczorami i w  nocy, ci ludzie też mieli przerwę świąteczną i nie ukrywajmy, ale nie wyczaruję sobie źródeł, nie wypożyczę tych, których się nie wypożycza,  ani nie otworzę biblioteki wtedy, gdy potrzebuję. I nie chodzi tu o to, by narzekać, bo sobie poradzę, tylko kurczę jak mam sobie planować tydzień skoro jak grzyby po deszczu wyrasta coś, co można było zapowiedzieć wcześniej? 

Kserówki z historii się wstydzą i schowały się za zeszytem, w którym w sumie niewiele mam :P 

Skarbie nie zawsze ma pozytywne znaczenie....


Hej, skarbie
 to film opowiadający o wyjątkowym rodzaju patologii, która każdego z nas byłaby w stanie ściągnąć na samo dno zostawiając nad nami jedynie muł. Czy można się z niego wygrzebać?

Bohaterką rodzinnego dramatu jest Clareece,Precious otyła, czarnoskóra szesnastolatka z Harlemu mieszkająca z rodzicami. Matką, która jest nią jedynie z nazwy i ojcem, który traktuje swą jedyną córkę jak obiekt seksualny. Gwałty, poniżanie, bicie, groźby, głodzenie czy przymuszanie do zjadania nadmiernej ilości jedzenia są dla dziewczyny codziennością. W dodatku poznajemy ją w trakcie trwania drugiej ciąży, której sprawcą jest oczywiście ojciec. Pierwsze kazirodcze dziecko, córeczka chora na Zespół Downa, jest wychowywane przez swoją prababcię, bo babcia nie ma ochoty patrzeć na owoc większej miłości swojego męża do córki niż do niej.

Przerażająca jest postawa matki, która nie dość, że nie zrobiła nic, by zapobiec molestowaniu swego dziecka jeszcze oskarża je o podżeganie ojca do seksu i czerpanie przyjemności ze zbliżeń. Mimo młodego wieku Precious nie może się uczyć czy beztrosko bawić, żyje w ciągłym strachu i napięciu. Nie potrafiąc pisać, czytać i liczyć dziewczyna czuje się gorsza, ale jej aspiracje powodują, że próbuje zmienić swoją sytuację. Niestety, na jej niekorzyść działa matka, która próbuje ją zniechęcić do nauki, zakazując chodzić do szkoły, wyzywając i bijąc. Upór nastolatki jest godny podziwu, gdyż wytrwale dąży do osiągnięcia swojego celu, co pozwala wierzyć, że nie tylko papierosy i zasiłek z opieki społecznej jest najważniejszy.

Hej, Skarbie ukazuje drogę przez mękę, jaką trzeba przebyć, by odbić się od dna i mimo wyroku na swoje życie odmienić je, by stało się znośne. Uświadamia też, że brak prawidłowej miłości ze strony rodziców nie oznacza, że człowiek nie potrafi kochać...

Film zdobył wiele nagród, między innymi Oscara 2010 w kategorii Najlepsza aktorka drugoplanowa, którą zdobyła Mo'Nique, (grająca matkę) czy Najlepszy scenariusz adaptowany, którym został uhonorowany Geoffrey Fletcher. Więcej o nominacjach do nagród przeczytasztutaj Aby zdecydować, czy film faktycznie zasługuje na takie uznanie trzeba go obejrzeć. Zastrzegam jednak, że nie jest to dzieło dla ludzi o słabych nerwach.

Arbuzowo i aloesowo

Arbuzy kojarzą mi się z latem, ciepłym powietrzem i pięknymi momentami radości. Za oknem już nie ma błota, przykryła je biała pierzynka, ale mimo wszystko potrzebuję jakiegoś bodźca pobudzającego do działania. 


O kosmetykach arbuzowych z Avonu pisałam tutaj , dziś wpisu doczekała się seria Oriflame nature secrets with moisturising aloe vera & watermelon, czyli dość interesujące połączenie arbuza z aloesem.

Jak widać udało mi się zwalczyć chomikowanie i zostawianie "na później, bo takie to ładne" i oba arbuzowe cuda są na wykończeniu. 

Jeśli chodzi o żel pod prysznic:
+jest wydajny, 
+ładnie pachnie, choć nie jest to zapach sztuczny, raczej delikatny
+podoba mi się jego kolor :P 


Krem do ciała wygląda tak:




Ma trochę konsystencję galaretki, ale nawet po opalaniu dawał radę :)
+zapach
+śmieszna konsystencja
+kolor (jest taki pocieszny)

Oba produkty mają nawilżać, ale wiadomo, że każdy inaczej na to nawilżanie reaguje. Jak dla mnie seria arbuz i aloes jest idealna dla tych, którzy chcą się wypaćkać delikatnym, świeżym, arbuzowym zapachem.


Koooniec tygodnia!

Z ogromną ulgą witam koniec tygodnia. Nie był to jednak aż tak trudny czas, czekają mnie o wiele bardziej męczące dni. Ale mimo wszystko nadmiar emocji bywa szkodliwy. 

Właściwie to miałam napisać o pozytywnym nastawieniu, radości z życia, ogarnianiu go w sposób całkiem bezkonfliktowy. Ale to byłoby zbyt piękne, przecież musi się coś sypnąć. Nie mam tu na myśli śniegu, chociaż i on sypie sobie co jakiś czas w moich rejonach i próbuje mnie zabić na ulicy :) 

Zastanawiam się nad kruchością życia i jest to temat, który powraca do mnie jak bumerang. Niby jest dobrze: wszystko w miarę się układa, wydaje się, że jest pięknie i nagle traaach. Zawsze jest jakiś trach. Jeśli ktoś jest nerwowy (jak ja) to jego układ nerwowy się buntuje. Mówi basta! I serduszko drży i głos się łamie...

Dlaczego niektórzy potrafią się niczym nie przejmować i mieć wiele kwestii w nosie? A taka Tysia cały czas się wszystkim przejmuje chociaż cały czas powtarza sobie "mam to w gdzieś" i wcale jej to nie wychodzi... 
Zawsze znajdzie się powód do zamartwiania, problem do rozwiązania, ofiara, nad którą trzeba się pochylić i jej pomóc. 

Wychodzi na to, że moje próby zmian poszły się kochać, zaś praca nad sobą jest znacznie trudniejsza w kwestii pozytywnego myślenia niż zmuszania się do wykonywania rozmaitych czynności. 

Dwa dni na nadrobienie wszystkiego. I odpoczynek. A za pięć miesięcy... 
będę dłubać w nosie! 

Wolontariat - czas bezcenny czy stracony?

Jako osoba, której w dniu urodzin życzą "100 lat w wolontariacie" stwierdzę, że pytanie jest retoryczne. Sympozjum i gala, które odbyły się w miniony weekend zaliczam do udanych. 

Mimo, że jest mnóstwo studentów i osób młodych niewielu chce komuś pomagać. W dodatku za darmo. Ale jeśli już znajdą się takie jednostki jest ich wszędzie pełno. Okazją do spotkania było piątkowe sympozjum, w trakcie którego poznałam wielu nowych ludzi. Przede wszystkim w końcu miałam sposobność poznania innych wolontariuszy PROJEKTOR-a. Wcześniej nie udało mi się dotrzeć na żadne spotkanie - zawsze wypadało coś ważniejszego. Nie byliśmy jednak jedynymi wolontariuszami ;)

Akademia przyszłości nadal poszukuje w Bydgoszczy (i w innych miastach zapewne też) wolontariuszy, którzy pomogliby dzieciom z trudnościami (naprawdę różnymi) w zdobywaniu wiedzy i wykształcenia. Nie zajmuje to zbyt wiele czasu, więc jeśli macie choć jedno popołudnie w tygodniu wolne i chcecie pomóc - zgłoście się. Możecie do mnie, podam namiary dalej. Niestety, ja odpadam z powodu zbyt późnego kończenia zajęć wszelakich i żadne dziecko nie będzie odrabiać lekcji o 23. Może jednak znajdą się osoby, które chciałyby popracować z dziećmi w taki sposób... 

Sympozjum pokazało, że wolontariuszem się jest i już. Praktycznie całe życie. Skoro bezpłatnie pomagam już od podstawówki to prawdopodobieństwo, że wyjdę z tego nałogu jest baaardzo małe. Cóż, nie wiem, czy gdzieś istnieją terapie dla nieanonimowych wolontariatoholików :) Podziwiam osoby z formacji Dr Clown, w trakcie wolontariatu w Domu Spokojnej Starości byłam tak podłamana, że radość tych wolontariuszy i sposoby ich pracy naprawdę krzepią. Są takimi promyczkami na oddziałach szpitalnych, dzięki którym choć na chwilkę chorzy zapominają o bólu i cierpieniu.
i zrobiłam balonowe serce



Gala była świetną okazją do zapoznania z innymi wolontariuszami. Co prawda moje spektakularne upadki na torze w trakcie gry w kręgle nie pomogły zyskać większej ilości punktów... Lekko obolała, lecz bogatsza w nowe doświadczenia i znajomości zaczęłam kolejny tydzień pełen i świadomością, że wolontariuszy jest o wiele, wiele więcej niż nam się wydaje, więc nie jestem frustratką a jeśli jestem to mam wsparcie reszty. I o ile jest to wolontariat, na którym zyskuje tylko osoba korzystająca z niego  (a nie np. pseudofirma, która angażuje młodych do pracy za darmo i w ten sposób próbuje obejść prawo) to można się mu poświęcać w pełni, oczywiście  w miarę możliwości.

Zdjęcia : Andrzej Nowak
Miały być głupie miny, ale mnie wykiwali :P 

To mój Parówczak - piesek, którego zrobiłam z balona :D Pierwszy w życiu! 

Z serii znajdź Tysię ;) Nadajemy się do ekipy Dr. Clowna?  

Poniedziałkowe wyzwanie #2

Kolejne wyzwanie za mną i nawet przyzwyczaiłam się, że poniedziałki nie są takie złe- w końcu każdy nowy tydzień to zmiana tematu głównego. Tym razem motywacja do robienia tego, czego robić nie chcę. 


Wyzwanie czytelnicze poszło całkiem dobrze, choć czytałam tylko (chyba) 3 czy 4 dni. Inne były strasznie aktywne lub męczące i w efekcie nie udało mi się czytać. Gdybym nie zapomniała czytadła udałoby się, jednak nie ma co rozkminiać. Tym razem uświadomiłam sobie, że bardzo, bardzo baaardzooooo tęskniłam za czytaniem. Z początkowych 20 planowanych minut robiło się znacznie więcej a radość czytania była ogromna. Słowem- wyzwanie trafione, kolejne tęsknoty odkryte.


Nie będę ukrywać, że w okolicach sesji dwa kierunki irytują mnie najbardziej. Dodając do tego poszczególne zlecenia, którymi mam się zająć wychodzi sporo obowiązków, które trzeba spełnić. Codziennie przymuszę się i wykonam chociaż jedną rzecz na którą nie mam najmniejszej ochoty a wykonana być powinna. 
manoneileen.com 

Metoda 2 minut powinna pomóc - skoro coś, co zajmuje czasu będzie zrobione od razu nie ma możliwości, by irytowało "bo nie jest zrobione". Przecież już odłożyłam coś na miejsce/ zrobiłam coś innego co odrywałoby myśli od innych obowiązków. Postaram się nie sprzątać zamiast prób nauki... 

Może tylko ja mam ostatnio kryzysik motywacyjny, ale jeśli nie jestem sama to chętnie podpatrzę jak Wy sobie radzicie :) 

Wyciskacz łez : Now is good

Kolejny dzień za mną, mamy weekend. Ten będzie wyjątkowy, bo spędzę go z wolontariuszami z PROJEKTOR-a. Czuję moc. Po dzisiejszym sympozjum a przed jutrzejszą integracją. 


Wszystkimi wrażeniami podzielę się w niedzielę po powrocie. Póki co jestem świeżo po obejrzeniu filmu Now is good . Polskiego tytułu nie znalazłam, ale przyznaję: nie szukałam zbyt intensywnie. Ot - tłumaczenia wszelakie bolą nie tylko moje uszy, ale też oczy, serce i inne metaforyczne organy.

Film gdzieś ktoś polecił w sieci. Jak zwykle. Obejrzałam, płakałam i tyle w temacie. Choroby wszelakie, nieuleczane, przysparzające cierpienia zawsze będą w nas budziły pewien respekt i obawę. Now is good nie jest jednak kolejnym smętem jakich pełno nakręcono przed nim (zapewne po nim także). To opowieść o wyjątkowej dziewczynie, silniejszej niż jej otoczenie, która zakochuje się będąc w zaawansowanym stadium raka. Chłopak, którego również trafiła strzała amora niezbyt wie, co i jak robić, właściwie można go nazwać "cipką"- nie wie jak wesprzeć Tessę, nie ma nawet świadomości, że powinien... Postać wzbudzająca we mnie najwięcej emocji to "matka" głównej bohaterki - tragedia to mało powiedziane. Kobieta nieogarnięta, irytująca mnie już od pierwszej sceny. Nie przedłużając napiszę tylko: warto poświęcić godzinę na obejrzenie.


 Łatwe i przyjemne filmy zostawiłam na inny termin, obecnie jestem w swoim własnym świecie "100 lat w wolontariacie" i wcale nie jest mi z tym źle :) 

A zdjęcia z dzisiaj możecie oglądać na moim instagramie.

Nie narzekaj!

O tym, że narzekamy wszyscy wiemy nie od wczoraj. Chyba mamy tę przypadłość we krwi i każdy powód do znalezienia upustu dla emocji jest dla nas idealny. Ale żeby wciąż?

 
stevenjcamp.blogspot.com


W ramach poniedziałkowych wyzwań w edycji listopadowej pisałyśmy o narzekaniu. Dlaczego znów poruszam ten temat?

A bo ja mam tyyyyle zaliczeń. Tak mało czaaaasu. Ciekawe. Zastanawia mnie co sprawia, że potrafimy tyle jojczyć? Wydaje mi się, że im więcej do zrobienia tym ciszej się jęczy. Pewności nie mam, ale...

Pogoda - temat nr 1 do narzekania - za ciepło/ za zimno/ zbyt duszno/ za duża wilgoć/ wiatr zbyt mocny / nie ma wiatru  i tak mogę do jutra. Zwykle zaczynamy od pogody, to taki ładny temat... a jak pięknie wchodzimy w strefę narzekania!

O sesji już wspomniałam, narzekamy jeszcze na zbyt dużą ilość obowiązków (często na własną prośbę), pracę i inne nieszczęścia (tu wstaw odpowiednie, które tak naprawdę złem aż takim nie jest).

Cieszę się, że są sesje. To znak, że powoli kulam się do przodu. Trochę mi smutno, że wszystko się skumuluje przez lenistwo osób postronnych. Ale ok, poradzę sobie. Już mnie nawet nie ruszają narzekania innych. Chociaż trochę mnie smucą,. Zawsze przecież będzie ktoś, kto ma lepiej od nas (a bo dostała auto od rodziców, jaaa!) i tacy, którzy będą mieli gorzej a my o tym nie wiemy (niby skąd mielibyśmy wiedzieć, że ktoś ma więcej obowiązków niż my skoro się uśmiecha i powtarza, że to będzie dobry dzień?) i jedni będą narzekać a drudzy nie. Od nas zależy czy będziemy mieć energię i optymizm czy przed oczami pojawi nam się wizja : jaaaaaaa tyle jeszcze trzeba zrobić.  Jak to jest, że często ci, którzy najmniej muszą zrobić najgłośniej marudzą? 

Dobra, już pomarudziłam, wracam do optymistycznej wersji życia! 
Za dwie podwójne sesje odetchnę, odpocznę i wypiję za każdą jęczyduszę. Bo tak. Bo da się. Tylko trzeba chcieć działać i żyć. I tej chęci do życia Wam życzę! 


Poniedziałkowe wyzwanie #1

Pamiętacie akcję czytania dzieciom? 20 minut dziennie? Codziennie? Tym razem akcja będzie prosta: czytaj Tysi 20 minut dziennie. Przez 7 nadchodzących dni. 

z: beyondthedream.co.uk


Wyzwanie to nie oznacza, że nie lubię czytać. Lubię, nawet bardzo. Albo i bardziej. Czytanie nie byłoby wyzwaniem gdyby nie fakt zbliżających się zaliczeń. W czas czytania nie wliczam notatek, blogów i innych tworów internetowych typu maile i tym podobne.

Walcząc z postępującym analfabetyzmem wtórnym zacznę od siebie i poczytam trochę więcej niż  zwykle.  A raczej zmienię źródła na książki. Zapewne będzie to nadal książka po hiszpańsku, ale wychodziłoby na to, że odniosę dwie korzyści w trakcie jednej czynności. Zastanawiam się tylko czy czasopismo branżowe Języki Obce W Szkole mogę podpiąć pod lekturę w języku polskim? Muszę to jeszcze przemyśleć. Właściwie to powinnam dać radę wykroić te 20 minut w ciągu dnia na kilka stron.

z: http://justoserna.wordpress.com


Ktoś z Was chce dołączyć do mojego wyzwania? 

Alpaki #1

Leniwa niedziela, choć właściwie już nie odróżniam dni tygodnia. Tyle wolnego! Tyle prawie-nadrobionych zaległości... Jeszcze chwila i nie będę wstawać tak późno. Pewnie nie tylko ja mam takie myśli. 


Na poprawę nastroju serwuję Wam alpaki. Tym razem nie jedną a mnóstwo. Mieszkają w moim komputerze i co trzy minuty mają swój czas na pulpicie. ŹródłoInternet.

To tylko niektóre obrazki z mojej kolekcji (wciąż rośnie). Koniec gadania - cieszcie oczy!







Alpakowca?









Jeśli widzieliście gdzieś w necie / macie zdjęcia alpak to dajcie znać, chętnie nacieszę oczy :) 

Oriflame - serum na końcówki

Nie narzekam na swoje włosy. Po różnych dziwactwach, które im robiłam powinny się połamać i powypadać. Ale tego nie zrobiły (nawet gdy walnięta fryzjerka obcięła mi grzywkę jakby była pijana w trakcie cięcia).  Nieskromnie przyznam - podoba mi się to, co na swojej łepetynie noszę. 

Wiadomo jednak, że mimo wszystko w Tysi kobieta drzemie. Skoro drzemie to i obudzić się czasem musi, czyli pomarudzić. A bo kolor nie taki, długość nie ta - zetnijmy, pofarbujmy. Potem jest tylko gorzej... Po co ścinałam? Po co rozjaśniałam/ przyciemniałam? Odrosty i inne historie powodowały tylko załamkę zamiast obiecywanej poprawy samopoczucia. Zeszłoroczne szampony koloryzujące już dawno zeszły a moje wizyty w celu "podcięcia końcówek" zwykle kończą się na powitaniu i ocenie stanu włosów: "przecież nie masz rozdwojonych końcówek, po co chcesz je ścinać?"

Nie mam fioła na punkcie swojej czupryny, nie dbam o nią w żaden szczególny sposób, chociaż ostatnio zaopatrzyłam się w kilka butelek szamponów do testowania i zgodnie z Babciną radą kiedyś tam wcierałam w skórę takie cuda jak woda brzozowa, woda pokrzywowa i inne bajery. Oczywiście o ile o nich pamiętałam. Łupież po szamponie Garnier Fructis zwalczyłam czymś co kulpol ochrzcił nazwą płyn L-102. Jakieś odżywki i maski też mi się trafią, ale systematycznie tego nie robię. 

A teraz zdradzę Wam mój sekret pięknych włosów, bo jesteście tego warte! (suchar Tysi jest idealną opcją na drugie śniadanie)

Od jakiegoś czasu używam olejku  do włosów Oriflame Hair X Restor Therapy. Jest to specyfik, który ma zapobiegać rozdwajaniu końcówek.

Po lewej stronie widać pierwszą, żółtą wersję - niedawno udało mi się wykończyć to maleństwo. Jeśli mam być szczera- zapach kompletnie mi nie odpowiadał. Albo był waniliowy albo mam coś z głową, bo wanilię ewidentnie czułam. Intensywne aromaty, zwłaszcza wanilia powodują u mnie ból głowy i mdłości, więc nie traktowałam swoich końcówek tym preparatem zbyt często.
Ta buteleczka po prawej to nowsza wersja kosmetyku. 


 I tak Hair X restore therapy split ends serum z ciemną zakrętką to piękny zapach (podchodzący pod owocowy) i jakieś cuda na kiju w środku, które mają pomóc suchym włosom. Czy pomagają? Nie wiem. Moje polubiły nowy zapach i co jakiś czas mają imprezę wdychając go.

Ciekawa jestem czy któraś z Was też używa którejś z "terapii". Polecacie/ odradzacie? A może macie jakieś naturalne metody?

Hachiko - pies, który spowodował histerię

Leniwy wieczór, czyli film oglądany na laptopie. Tym razem na tapetę wzięłam Hachi: A Dog's Tale, tytuł polski to  mój przyjaciel Hachiko.
źródło: www.dailypuppy.com

O genialnych psach i innych zwierzętach, które przywiązują się do swoich właścicieli, często aż za bardzo, powstało mnóstwo dzieł - nie tylko literackich.  

Początkowo nie skojarzyłam faktów i nie przeczuwając niczego złego włączyłam film. Wzruszające sceny prób nauczenia psa aportowania, szczeniak proszący o uwagę - cud, miód, orzeszki. Przecież wiadomo, że nic tak nie rozczula widza jak dzieci. A zwierzęce maluchy już w ogóle... 

Jednak Hachi dorasta i codziennie towarzyszy swojemu panu w jego drodze na stację kolejową, wraca do domu i punktualnie o 17:00 czeka na powrót profesora z pracy. Jak można się domyślić, pewnego dnia pan nie pojawia się w drzwiach dworca a pies cały czas czeka. Zabrany przez córkę właściciela nadal ucieka, by czekać na swojego przyjaciela. Rozpoznawany przez całe miasteczko może liczyć na wsparcie - pan robiący hot dogi zawsze podzieli się z nim wodą i parówką, a właścicielka sklepu mięsnego żywi go jakimiś kawałkami dobrego mięsa. 

Sielanka, wyciskacz łez. Zastanawiają mnie dwie kwestie :
1. Pies, który leci z Kraju Kwitnącej Wiśni do Stanów i po drodze "gubi się" na stacji kolejowej - nikt go nie szuka? Że co? Ktoś go chyba zamówił, tak? Nie dość, że niehumanitarne, to jeszcze nielogiczne rozpoczęcie filmu. 
2. Czy gdyby żona profesora zabrała Hachi na pogrzeb jego pana pies byłby w stanie zrozumieć, że już go nie ma? Czekałby na stacji, zgodnie z teorią Pavlova, czy jednak dałby sobie spokój? 

Tysia jako widz jest strasznie "miętka", wyłam jak nienormalna gdy pies za każdym razem czekał do późnych godzin nocnych na swego pana i nie rozumiał, że go nie będzie. Muzyka tylko potęgowała mój smutek. Nie było szans na to, by się nie popłakać. Pies śpi pod jakimś wagonem, je co mu dadzą, codziennie czeka na kogoś, kto nigdy nie nadejdzie...
 Niby film, niby nic takiego, a jednak - dla mnie smutny jak diabli. Chociaż może innych by nie ruszył. Dopiero po uspokojeniu się ogarnęłam, że przecież znam tę historię. Ech, jaka jestem wrażliwa... 
źródło: www.coolpapae.com

Więcej o psie znajdziecie u cioci Wikipedii. Wcale mnie nie dziwi, że postawili temu psu pomnik. 

2013 - czy aż taki straszny jak go malowałam?

Czas podsumowań i nowych założeń. Nowych planów nie będzie, postanowień nie robię. Jest na to czas w każdym innym momencie roku. Ale podsumuję, co mi szkodzi :)


Pod względem pecha - to był najgorszy rok. Wszystko się psuło (moje ciało także), w momentach względnej stabilności okazywało się, że jednak nie jest tak miło jak być powinno.

Pokonałam jednak swoje największe nigdy-w-życiu-nie-będę-biegać i ukończyłam półmaraton (żywa!). Pisałam już o tym tyle razy, że tylko przypominam. Swoją drogą chcę wrócić do biegania jak tylko ustabilizuje się kwestia moich popapranych studiów. Po głowie chodzi mi też maraton (tak, wiem, ledwo przeżyłam połówkę a już myślę o całym, co ja mam w głowie).

Zaliczyłam konferencję naukową dotyczącą motywacji do nauki języków obcych i nadal zapoznaję się z czasopismem Języki Obce w Szkole (sporo tych numerów do nadrobienia): 

Przy okazji porobiłam kilka zdjęć w stolycy i moje nazwisko nadal widnieje w Google'ach :) 

Ogólnie sporo rozkminiałam nad motywacją i dalej to robię, choć nie wszystko jest już gotowe by ujrzeć światło dzienne. 

Poczułam się stara -  nie ogarnęłam tegorocznych Juwenaliów o czym już pisałam, ale watę tradycyjnie wrąbałam jak pięciolatka!




Zwiedziłam trochę z siostrą - to chyba największy plus. Chyba w końcu zaczniemy rozmawiać jak ludzie, a nie jak typowe rodzeństwo, skoro razem paciamy sobie buty :)  
Nie wiem, czy mogę wrzucić zdjęcie z moją siostrą, bo mogę dostać potem kopa w tyłek, więc wrzucam swoje, które ona zrobiła - jest kompromis! :)


W końcu dotarłam do  Świecia. Gdzie nakręciłyśmy filmik z którego śmieję się tylko ja :D 


Oprócz Ostródy, którą odwiedziłyśmy w trakcie wolontariatu, zajrzałam także do Chełmży.
A to wszystko dzięki legitce studenckiej :)


Pojawiłam się na blogspocie - i po wielu przeżyciach i blokowaniu kont nadal tu jestem :) Bardzo mnie cieszy, że jesteście ze mną :) W sekrecie zdradzę, że nie spodziewałam się, że to napiszę... 


Przypomniałam sobie o wystawach foto sprzed lat, na których zawisły moje zdjęcia - chociaż miało to miejsce w dniach smutaska, to i tak zaliczam na + . 

Po raz kolejny zabrałam się za wolontariat. Nie tylko BFN, lecz także PROJEKTOR pojawiły się po raz kolejny. W przyszłym roku pewnie też się pojawią, bo jak dobrze pójdzie to we wrześniu będę praktykować w szkole a w lipcu i sierpniu miły pan dentysta pozbawi mnie tych irytujących dolnych ósemek :)
I poznałam świetnych ludzi :) Np. tę ze zdjęcia :P

Zafascynował mnie węgierski i mam nadzieję do niego wrócić na poważnie
www.krynica.pttk.pl 

Ruszyłam z cotygodniowymi wyzwaniami akcja organizacja i mam nadzieję, że Basi uda się wygospodarować tyle czasu, by móc to pociągnąć ze mną (choć wiem, że doba niestety nie jest z gumy).


Stworzyłam kolejne torty :) 



Jak widać nie wyszło do końca jak chciałam, ale i tak mam już pomysły na kolejne cuda w kuchni :) 
O ciastach nie wspominam, królowały praktycznie co sobotę na stole.


Zrobiłam pierniczki - tym razem w ilości hurtowej

Odkryłam 23 powody do radości (a nawet i więcej)...

Choć czasem ludzie bardzo mnie irytowali.

Próbowałam stać się "typową kobietą", ale mi nie wyszło.


Założyłam instagram - jeszcze w starym roku :) I z czasem coś się zacznie pojawiać :)
Youtube chwilowo ode mnie odpoczywa, muszę mieć wenę i czas na realizację pomysłów, a póki co - sesje nadchodzą :P 


O, nie jest aż tak tragicznie. To znaczy pod pewnymi względami jest, ale jak widać pozytywów jest też sporo :) Facebook zupełnie inaczej widzi mój 2013 rok, ciekawe jak stworzyli ten skrypt ;)