Nowy rok, nowi my?


10...9...8...7...6...5...4...3...2...1... 0 !!!!!Wszystkiego najlepszego! Szczęśliwego Nowego Roku!!! Rozlega się wokół, a w głowie kotłuje się milion postanowień. Schudnę, nauczę się angielskiego, zadbam o siebie, rzucę palenie, będę co tydzień pływać...


źródło: freehdwallpapers.com

A Ty? Co postanowiłeś sobie w zeszłym roku? Czy dotrzymałeś słowa?

Rzekomo psychologowie namawiają nas do podejmowania wszelakich postanowień, zwłaszcza na początku roku. Ale tak naprawdę, gdy minie euforia, lekko pogłębiona przez wino musujące, zapominamy o tym, co postanowiliśmy. Możliwe, że po prostu znudziło nam się na przykład codzienne bieganie. Przypomina to założenie dziecka, że od nowego roku szkolnego (lub nowego semestru) będzie ładnie pisało w zeszycie i ćwiczeniach, odrabiało lekcje na czas i uczyło się z zajęć na zajęcia. Zapomina o tym po jakimś tygodniu od obiecania sobie (lub rodzicom) poprawy i wraca do stanu poprzedniego. Tak samo wygląda nasza chęć poprawy wywołana zmianą kartki w kalendarzu na nowy, cudowny rok następny. Co zmienia ta jedna cyferka więcej przy tych czterech oznaczających rok? Niewiele. Jeśli chcemy coś zmienić - zmieńmy. Ale pod jednym warunkiem - od dziś. Nie od jutra, nie od nowego roku, lecz od dzisiaj. Chcemy rzucić palenie? Wyrzućmy papierosy i zapalniczkę i nie palmy. Bez wypalania ostatniego papierosa, bez solennych przyrzeczeń. Powiedzmy to głośno i się tego trzymajmy. Znajdźmy też towarzystwo, osobę, która będzie nas wspierać w wytrwaniu, osiągnięciu celu. Otoczenie, gdy dowie się, że podjęliśmy jakieś wyzwanie, może nam pomagać, ale też... nie dowierzać i utrudniać, szydzić.

Postanowienia, które robimy pod wpływem impulsu, nieprzemyślane, nie mają zbytniej szansy na wygraną. Są one bowiem w pewien sposób wymuszone - każdy je robi więc i ja muszę. Nic bardziej mylnego. Świadomość, że nie sprostało się własnym założeniom jest bolesna, może powodować spadek pewności siebie. Odwrotnie jest w przypadku, gdy postawimy sobie jakiś cel i sukcesywnie będziemy do niego dążyć aż do momentu osiągnięcia go.

Idealne postanowienie na rok 2014 ? Brak postanowień. A może właśnie większa ich ilość? Ale tych stawianych i realizowanych w innych momentach niż ta przełomowa, sylwestrowa noc. Wszak postanowienie braku postanowienia także jest postanowieniem, więc przeczy samemu sobie. Zatem bez postanowień życzę wszystkim dużo motywacji na każdy dzień, by nikt nie musiał nic postanawiać, lecz po prostu żyć i czerpać z nowego roku 2014 mnóstwo pozytywnej energii.

Podsumowanie wyzwania świątecznego + szmery bajery i inne takie :)

Udało się! Po wieczorze z rybą po grecku i pierogami zapijanymi barszczem nastały kolejne leniwe dni. Oglądałam seriale i ponadrabiałam tylko trochę notatek. Ogólnie dałam sobie na luz, czyli... kolejne wyzwanie zaliczone! 

Straciłam masę czasu na denerwowaniu się w tłumie ludzi, szukaniu czegoś, czego dorwać się nie da (i okazałam się być mężczyzną), ba, nawet zaliczyłam wizytę w kinie :) 
jednak centra handlowe mają swoje uroki <3 

moja miłość :)

i tyyyle radości! 
Jak widać pofolgowałam sobie, ale muszę się pochwalić - zrobiłam kanapkę z jajem :D W końcu wyszło (prawie) idealne! 


W biedronce wymietli dosłownie wszystko. Ludzi mnóstwo. Nawet nie wiedziałam, że można tam kupić kolczyki :O Ale prawdziwą furorę zrobił zestaw sylwestrowy, który sobie można skompletować :

cóż to za opakowanie?

ta-dam! 

kopertówka do kompletu? ;)
Liczyłam na to, że będą mieli zeszyty. O ja naiwna! Tak czy inaczej - spokojnie spędziłam ten tydzień. Chyba zbyt spokojnie, bo aż zagapiłam się, że już poniedziałek :)

W tym tygodniu wyzwanie mam jedno - przetrwać do następnego poniedziałku bez żadnych wyzwań :)

Dlaczego kobiety kochają wyprzedaże a Tysia jest mężczyzną?

Jest! Koniec roku! Wyprzedaże! Obniżki! -50 %, ba, nawet -70%! Wszystko wala się po podłogach, kobiety z uśmiechem na ustach oglądają kolejne fatałaszki. I kupują, bo taniej, bo modnie, bo ... No właśnie, bo co? 

Kolejki takie, że się odechciewa. Zakupy stają się gehenną. Zamiast ukochanej koszuli do kolekcji wracam z jedną, jedyną, bo na upał dobra. I znów jadę w poszukiwaniu koszuli. Napatoczyły mi się jakieś majty w promocji. Spoko, biorę. Jestem wściekła. Tyle godzin szukania i nic. Tylko nerwy - na kolejki, na kobiety wyrywające sobie ubrania, na za małe i za duże rozmiary, na rozwalone ubrania i dodatki, na bajzel. Mam ochotę usiąść koło tych facetów, którym też zakupy się nie podobają.


Halo! Czy ja jestem kobietą? Na początku niestrudzenie przymierzałam sukienki. Uwieczniałam na zdjęciach, by ocenić w domu na spokojnie, czy na pewno ich nie chcę.

Wyprzedaże są dobre gdy ma się szczęście i dużo cierpliwości. Można dorwać fajne ubrania za małą kasę. Ale ile trzeba się natrudzić... To chyba nie dla mnie, szybko mnie drażni takie chodzenie, oglądanie, przymierzanie, wyszukiwanie. Miazga...

Ogólnie bilans jest taki : zakupy to zło, najadłam się i wypiłam drinka psiocząc jak diabli. Drażnią mnie wysokie ceny, kiepska jakość ubrań, "moda" (zwłaszcza, że niektóre rzeczy wyglądają jak dla kobiet 45+) i w ogóle wszystko.

Zakładanie sukienek na spodnie wygląda tak :

Jeszcze dużo cierpliwości

Taka jestem optymistyczna, znaleźć sukienkę to nic trudnego... 

Kolejna próba w stylu "mama roku"

Dobra, to nie ma sensu, idę nago... 

Zrobiłam bałagan i się najadłam, wyprzedaże to zło...

I dlaczego zawsze, gdy mam kupić coś, czego potrzebuję tego nie ma? Rozmiar, kolor, materiał nie ten... Albo cena nieodpowiednia. Zero radości z zakupowej codzienności...

I po świętach

Święta zawsze szybko mijają. Mamy trochę wolnego czasu, by spędzić go z bliskimi, porozmawiać i pobawić się z najmłodszymi przedstawicielami rodu. Przypominam, że po świętach studenci mają sesję! 


A niektórzy mają nawet podwójną sesję, choć na pewno znajdą się i tacy, którzy nie mają sesji wcale. Wszyscy narzekają na obżarcie świąteczne... u mnie tego nie wyczytacie, ponieważ nie jadłam na umór. Ale obiecałam, że po świętach pokażę moje niespodzianki dla rodzinki.

W tym roku było skromnie i  podobno smacznie. Już pisałam i pokazywałam kulisy tworzenia pierniczków, popakowałam je w takie okrągłe pudełka z aniołkiem (na zdjęciu dopiero początek pakowania). Zapomniałam zrobić zdjęcia przed rozdaniem pierników, więc uwierzcie na słowo - było ich dużo w każdym zestawie :)


Własnoręcznie memlane pierniki sprawiły, że każdemu się twarz cieszyła, nie miałam problemu z nietrafionym prezentem :) 

Moje wyzwanie udało się zrealizować, ale podsumuję je przy kolejnym :) Spanie niestety nie wchodziło w grę (choć śpię dłużej niż normalnie), bo migrena tylko czeka na takie okazje. Wyszło więc na to, że wróciłam do domu, przepisywałam notatki i ogarniałam materiały do nauki. Koszmar :) 

Miałam Wam pisać, że chodzi za mną kebab ale w końcu udało się wczoraj wyskoczyć na piwo i kebab, więc mogę wrócić do mojego hiszpańskiego serialu (angielskich pisałam tutaj, większość z nich albo się skończyła albo ma przerwę, szukam kolejnych a póki co oglądam hiszpański).

PS Tak, byłam (jestem) we wczorajszym, weekendowym wydaniu gazecie pomorskiej. Strona 23 A.
 Ładnie mi tam dodali  :O

Gorączka wigilijnej nocy

źródło: dash-of-vanilla.tumblr.com

Zaczęło się już pod koniec października, kiedy obok zniczy na półkach w marketach, także tych super i hiper, można było znaleźć bombki i czekoladowe figurki mikołajów czy aniołków. Śladowe ilości owych ozdób świątecznych spowodowały, że każdy z nas zajął się zniczami, chryzantemami lub pastami do nagrobków, by w ten sposób zapomnieć o zbliżającej się świątecznej                                               gorączce.


Szaleństwo bożonarodzeniowe osiąga swe apogeum bardzo powoli. Zaczyna się na początku grudnia, gdy wszyscy szukają kalendarzy adwentowych, zestawów słodyczy, czy kosmetyków (aluzja, że w końcu należy się umyć?), które mogliby dać najbliższym w prezencie. Na liście dla panów można znaleźć rozmaite alkohole, dla kobiet zwykle perfumy. Tylko czy ktoś, kto nie wie, jaki mam rodzaj cery i jakie zapachy lubię, a na jakie jestem uczulona kupi coś odpowiedniego dla mnie? Nie sądzę. Może dlatego młodzi ludzie często dostają kopertę z zawartym w niej pocztem królów polskich? Przynajmniej kupią coś, co będzie im potrzebne.

Gdy widzę świąteczne kolejki w sklepach aż mnie krew zalewa, ujmując to nad wyraz dosadnie. Wiadomo, że bożonarodzeniowy weekend coraz bliżej, ale litości, ile mogę stać w kolejce? Wszak na co dzień też trzeba coś jeść, więc wybieram się do osiedlowego supermarketu znanego w całej Polsce. Potrzebuję jedynie trochę mięska na obiad, a jakaś pani kupuje hurtowo mięso, wędliny, parówki, białą i nie wiem co jeszcze, uniemożliwiając mi codzienne zakupy. Rezygnuję więc z niego, nie mam czasu na czekanie, chcę jak najszybciej wrócić do domu, biegnę do kasy. Tradycyjnie otwarta jest tylko jedna, z alkoholami wszelakimi, zatem wypad po chlebek i detale trwał ponad godzinę z okładzikiem (tak, zdrabniam jak mogę, przecież wszyscy czują magię świąt, są mili i używają zdrobnień na każdym kroku!), żałuję, że nie kupiłam więcej, przecież i tak stoję w tej gigantycznej kolejce! Dodatkowo klnę w duchu, że ludzie nie potrafią się zorganizować. Przecież wystarczy kupić za każdym razem trochę więcej chrzanu, mięsa, chleba czy czego im tam trzeba na ten stół, by uniknąć kolejek i ogólnej nerwówki...

Dwa dni przed świętami przypominają horror. Ludzie biegają po sklepach, kupują, kupują, kupują... Jakiś amok czy jak? Kosze i wózki aż się uginają, nasypane z górką, a pracownicy sklepów nie nadążają z wykładaniem kolejnego towaru, o jego kasowaniu nie wspominając. Po co komu tyle jedzenia ? Każdy potem narzeka, że przytył, że żołądek, wrzody... Alkohol na stole? Oczywiście, przecież rybka lubi pływać, więc Kowalski ustawia się w kolejce na dziale ALKOHOLE i tam wybiera ognistą wodę, koniaczek, likierek, winko. Wszystko po to, by kulturalnie wypić. Tylko, że w Polsce kultura picia wygląda inaczej niż w innych państwach, bo jak zwykle w dzienniku powiedzą, ilu ludzi straciło życie na krajowych drogach przez pijanych kierowców, gdy Jezus Chrystus się nam rodził...

Myśląc o świętach wszelakich staje mi przed oczami obrazek pt. wielkie sprzątanie. W grę wchodzi mycie okien, podłóg, ścian, pranie firanek, trzepanie dywanów... Przecież robimy to na bieżąco, po co męczyć się całymi dniami sprzątając, gotując, kupując ? Wszystko musi być idealne, bo przyjedzie rodzina, przyjaciele, trzeba się pokazać z jak najlepszej strony. Dlatego większość pań robi co może, by wszystko było dopięte na ostatni guzik, przez co na wieczerzy wigilijnej są zmęczone i niezbyt szczęśliwe. W dodatku, w myśl zasady zastaw się a postaw się nie patrzymy na zasobność portfeli a na konsumpcjonizm. Kupujemy tony jedzenia, którego nie zjemy, lecz zmarnujemy; wybieramy prezenty, bo są modne i drogie, ale nie sprawiają radości obdarowanej osobie; pijemy na umór, wszak tak dawno nie widzieliśmy szwagra. Szkoda, że na pasterce śpiewamy promilowym głosem a do świątecznego śniadania siadamy z przyjacielem - kacem...

Wyzwanie świąteczne + podsumowanie przeklinania

Hoł, hoł, hoł, coraz bliżej święta i w ogóle all I want for Christmas...  Nie da się ukryć, że mamy (prawie) święta. W związku z tym wyzwanie na ten tydzień będzie z nimi związane: odpocząć i spędzić czas w spokoju, radości i bez zbędnych stresów. 




Zacznę od podsumowania:  wielu z nas używa wulgaryzmów by ochłonąć, oczyścić się z nadmiaru emocji (zwłaszcza negatywnych). W moim przypadku też tak jest, a zwykle, gdy mam tydzień wyzwania spotyka mnie coś, co sprawia, że nie mam jak go wypełnić. Ten tydzień też usiany był okazjami do rzucania "paniami lekkich obyczajów" i mimo zwiększonego kontrolowania ich ilości nie jestem zadowolona z ogólnego rozliczenia. Po raz kolejny wychodzi więc na to, że zauważam pewne plusy cotygodniowych wyzwań.
źródło: thepunch.com.au


Może to dla Was normalne, że w świąteczne dni się odpoczywa, nie przejmuje, atmosfera jest spokojna, miła i w ogóle "cacy". Niestety, moje myśli uciekają do styczniowych kolokwiów, egzaminów i masy innych rzeczy-które-muszę-zrobić. Wychodzi więc na to, że posiedzę trochę nad tymi badziewiami, które powinnam opanować, ponadrabiam, poogarniam, jednak muszę znaleźć też sposób na odcięcie się od nich i czerpaniu radości z wcinania pierogów, zapijania ich barszczem i ustawiania ludzików z lego.


Może macie jakieś sposoby na pozbycie się stresów i takich depresyjnych myśli? Albo ktoś jeszcze będzie miał sporo do zrobienia w trakcie tych kilku wolnych dni i też się tym przejmuje (i w dodatku też chciałby przestać się martwić)?




23 powody do radości

Czasem narzekamy. Nawet częściej niż czasem. Łatwiej nam wymienić wady niż zalety, dostrzegamy głównie smutki i problemy. Moje (już) 23 powody do radości to : 


1. Bliscy  
Pisząc bliscy mam na myśli nie tylko rodzinę - najbliższą i dalszą, ale też ludzi, którzy w mniejszym lub większym stopniu stali się dla mnie ważni. Wielokrotnie zauważałam, że obcy ludzie są wielokrotnie bardziej życzliwi od tych, którzy są z nami spokrewnieni.

2. Zdrowie
Poza migreną i kilkoma innymi, drobnymi przypadłościami nie mam na co narzekać. To znaczy moja litania dentystów-nie-godnych-polecenia się powiększyła do granic możliwości, ale ogólnie czuję się świetnie i wychodzi na to, że jeszcze trochę pożyję. Jestem (w teorii) w pełni sprawna fizycznie i umysłowo, więc nie pozostało mi nic innego jak po prostu ŻYĆ  :)

3. Jedzenie
Mam co jeść i nie jest to byle co ;) Jestem rozpieszczana do granic możliwości - moje kubki smakowe mają wiele okazji do próbowania pyszności i nowości. Piszę tu oczywiście o jedzeniu domowym, wszelkie fast foody i restauracje już dawno skreśliłam z listy (jednak mi nic tam nie smakuje :P)

4. Dobra opieka
Nie ma co ukrywać - otaczają mnie ludzie z którymi można porozmawiać i na których można (w różnym stopniu) liczyć. Raczej nie mam problemu, by zrozumieli, że np. dziś wygrywa pani migrena i zaliczam zgon w łóżku. Pomagają, rozumieją, dopytują, czy żyję. Trzymają głowę przy krwotoku z nosa, podają leki przy migrenie a nawet rozmasowują kark. Przytulają zasmarkaną Tysię i głaszczą po głowie. I mogę tak pisać i pisać, ale jednym słowem - opieka na wysokim poziomie :)

5. Dużo radości
Zdarzają się chwile megazmęczenia i zniechęcenia, ale wystarczy mały gest, bym przepadła. Uśmiech dziecka (lub kogoś innego) na ulicy, miłe słowo, rozmowy z Najsłodszym Dzieckiem i znów akumulator radości wskazuje na 150 % :)

6. Seeeen! 
Brakuje mi go często. Jego brak i nadmiar jest dla mnie groźniejszy niż dla innych. Migrenicy powinni pilnować ilości snu i spać wystarczającą ilość godzin codziennie. Bardzo często jest to niewykonalne- wtedy muszę urywać się z zajęć i kombinować jak złagodzić atak mojej przyjaciółki migreny. Im mniej mam czasu na sen tym bardziej go doceniam.

7. Odpoczynek
Podobnie jak snu jest go mało i w najbliższych dniach to nadrobię. Uwielbiam mieć chwilę na spotkania, filmy, rozmowy, wspólne pichcenie, chichranie, picie, robienie zdjęć, lecz także na samotne przemierzanie bezkresów Internetu i czytanie książek i czasopism :)

8. Dzieci
Te małe, znane i nieznane, ale też te starsze, którym pomagam zrozumieć, że języki to dobra inwestycja czasu. Te, które muszę gonić do nauki i odpytywać. To te same dzieci, które czasem chcą wiedzieć więcej i same szukają słów w słowniku. Gdy przyjdzie moment rozstania poryczę się jak bóbr.

9. Blog, czyli Wy
Chciałam Wam napisać tę notkę w czwartek, ale strasznie dużo się działo, emocji było w nadmiarze i nie miałam jak. Już kilka miesięcy tu jestem, nadal ktoś tu zagląda (zakładam więc, że czyta), więc jestem i zamierzam pisać dalej. Planuję pewne zmiany, ale na razie będę siedzieć cicho jak głaz. 

10. Wino w skarpecie, czyli kolejny pretekst do spotkania
Tak naprawdę mowa o materialnych przyjemnościach. Zarówno tych małych, jak czekoladka, która rozjaśnia ciężki dzień, jak i ciut większych, jak wino (by spotkać się po raz kolejny). Muszę przyznać, że pomysł z wrzuceniem wina do skarpety jest świetny (dbają o mnie, ma mi być ciepło w stopy i wiedzą, co lubię - wino jest z Hiszpanii! :P ) Kocham niespodzianki.

11. Energia
Zwykle mnie rozpiera. Jeśli nie - ładuję akumulator. Ostatnio było wszystkiego za dużo, na wczoraj ( a w styczniu będzie jeszcze gorzej), więc teraz zwalniam i znów pakuję energię w plecaczek.

12. Samoakceptacja
Wyzywali mnie od staruch. Jestem świadoma tego, kim jestem, ile mam lat i do czego (mniej więcej) zmierzam (choć często się to zmienia). Zaakceptowałam, że jestem nerwowa i mam różne wady, ale skoro mam też zalety to po co skupiać się na minusach ? I tak ich nie wyeliminuję zupełnie, mogę jedynie je opanować, ale nikogo nie zmuszam do kontaktu ze mną :D

13. Organizacja
Kalendarzyk pęka w szwach, ale jeszcze ogarniam. Może nie perfekcyjnie (jeszcze trochę kwestii muszę dopracować), ale wystarczająco, by nie było źle. Wyrabiam się (a to, że olałam niektóre sprawy - potrzebowałam tego) i jest miło :)

14. Alpaki! 
Mieszkają na moim pulpicie, zmieniają się co trzy minuty i jaram się jak durna każdym słodkim ujęciem alpaki. Ludzie często mylą moich ulubieńców z lamami, ale alpaki mają śliczną wełnę i marzę, by kiedyś przytulić je baaardzo mocno a nawet mieć swoją :) Ameryka Łacińska też mi się marzy, uznajmy, że to z powodu alpak :)

15.Chwile beztroski
Jest ich coraz mniej, ale nadal się zdarzają. Wychodzę z domu bez telefonu, idę na spacer i mam wszystko w nosie czytając książkę pod drzewem. Jest jeszcze więcej możliwości beztroski, jednak zawsze kojarzy mi się to z jednym słowem :bajka!

16. Możliwości
Mam ich bardzo dużo. Dzieci z Afryki nie mogą się kształcić, ja mogę. Mogę się uczyć, pisać pracę, zdawać egzaminy, powtarzać słówka. Mam morze możliwości na tym etapie. I choć wiem, że później będę szukać innego morza do pływania, to póki co cieszę się tym, co mam.

17. Tu i teraz
Radość z życia tu i teraz jest dla mnie jeszcze abstrakcją, ale poczułam to niedawno. Będę kontynuować. To wspaniałe uczucie zaangażować się całą sobą w daną sytuację, nie myśleć o tym, co trzeba zrobić i przeciwnościach. Dobrze, że odkryłam ten cud radości :)

18. Zdjęcia i filmy 
Mam ich sporo i wciąż pojawiają się nowe. Najsłodsze Dziecko liczące i gadające do telefonu  to super pomysł na umilenie drogi na zajęcia. Zdjęcia moje, ludzi dookoła, miejsc, które odwiedziłam. Jest tego mnóstwo. Tyle chwil, tyle ujęć, jedna przeszłość.

19. Hiszpania 
Szał nie minął, trwa nadal mimo osłabiania masą dodatkowych zajęć, teorii i braku czasu. Wszystkiemu, co hiszpańskie mówię głośne, wyraźne, stanowcze : ¡sí!

20. Pocztówki 
Od znajomych i nieznajomych. Okazja i powód - nieważne. Większość jest piękna, misiowe urocze (wszelakie misie też uwielbiam, zawsze chciałam przytulić pandę i koalę), alpaczej kartki jeszcze nie dostałam. Sama też wysyłam i mam nadzieję, że się komuś podobają i wywołują uśmiech na buziach.

21. Spontaniczność 
Jak już wspomniałam, lubię niespodzianki, więc spontaniczność mnie cieszy. Im bardziej mam zawalony dzień tym bardziej mi się buzia cieszy, gdy coś niespodziewanego i miłego gdzieś wkleimy (nie zaburzając rytmu dnia, chociaż czasem można :P ).

22. Gdy piszę ten post świeci słońce, czyli Natura
Przyroda jest piękna i w dodatku - za darmo! Stworzona dla nas, niszczona przez nas. Nadal piękna, fascynująca i niebezpieczna. Zachwyca na każdym kroku, aż chciałoby się ruszyć w podróż!

23. Ukończyłam kolejny rok życia i zapowiada się, że jeszcze będzie piękniej :)

Jest poniedziałek? Jest wyzwanie!

Wychodzi na to, że mam chyba więcej czasu niż Basia, więc w najgorszej opcji wyzwania postawię i zrealizuję sama. Na razie nie chce mi się o niczym myśleć, zatem przechodzę do sedna. 


Po ostatnim wyzwaniu wychodzi na to, że łatwiej jest mi się zmusić do wysiłku fizycznego czy smarowania się balsamem niż czegoś innego. Poszło mi nawet nieźle i liczę na to, że nawilżanie skóry będzie w miarę automatyczne. W tym tygodniu na tapetę biorę wulgaryzmy.

Krążąc po Internecie znalazłam różne obrazki : 









Straszny ze mnie nerwus, wszystkim się denerwuję i przejmuję. Wszystko dookoła jest w stanie przysporzyć mi koszmarów sennych bądź pozbawić możliwości snu. Nie umiem się wyżyć, czasem pobiegam, jednak zazwyczaj po prostu używam niecenzuralnych wyrazów, by dać upust swoim emocjom. Skoro tydzień ma być wyzwaniem - zarządzam tydzień bez przeklinania!


Od razu mogę się przyznać, że użyłam słów brzydkich mniej niż zwykle, ale nie udało mi się wyeliminować ich zupełnie. Nie jest to aż tak tragiczne, biorąc pod uwagę rozmaite okoliczności :) Niby można żyć bez używania wulgaryzmów, ale jak to podsumowała znajoma "celnie rzucona k*wa przeważnie pomaga". A że "cela" wbrew znakowi zodiaku nie mam, to czasem strzelam całą serią...

Podoba mi się pomysł wrzucania monety za każde przekleństwo, bez względu na to, w jakim języku jest rzucone. Szkoda tylko, że chwilowo ten sposób pozbywania się negatywnej energii jest najszybszy i najskuteczniejszy. Jak wiadomo ze słabościami trzeba walczyć, więc... do dzieła!


PS Wiem, że dla wielu z Was takie wyzwanie to żadne wyzwanie, ale w natłoku tylu spraw, obowiązków i nerwów jedno niecenzuralne słowo potrafi zdziałać cuda. Ciekawa jestem, czym to zastąpię i jak mi wyjdzie ten tydzień :)





Grudniowe kadry - część pierwsza

W listopadzie zdjęć jak na lekarstwo, więc w grudniu trochę zaszalałam  :) Dzisiaj o piernikach i rozweselaczach. 


Jakieś przepalenie na stykach musi być, bo wyjęłam świąteczne ozdoby. Tak naprawdę nie kupiłam żadnej z nich, wszystkie były prezentami. W zeszłym roku kolekcja powiększyła się o bombkę na stojaczku (teraz doceniam ten prezent urodzinowy), ale schowałam ją i na razie nie pamiętam gdzie... 


Wczorajszy upominek od dziewczynki, która świetnie sobie radzi z angielskim :)




Jak wiadomo świeczki najlepiej wyglądają wieczorem, ale nie chciałam już czekać do wieczora i tym świecidłom, które zdjęcia nie miały zrobiłam je przed chwilą :) 

Z cyklu piernikowanie : 




Mnóstwo gwiazdek na moim prywatnym "niebie" :P 


Misio

I więcej misiów :P 










Komu pierónika? (skoro to krzyżówka piernika z pierogiem to nie ma innej opcji nazewnictwa) :)









Umilanie sobie chwil uskuteczniam w moich nowych skarpciach (to ni skarpetki ni kapcie)



Nie są idealne, ale są tak cieplusie, milusie i czerwone, że chwilowo jestem nimi zauroczona :)

Lidlowe pianki - tyyyyyle słodkości :) 

Chwila dla mnie
Pianki pływające w tysinym kakao (przepis autorski) :D 
Siostrze też zrobiłam i powiedziała, że więcej gotowej czekolady pić nie będzie :D Ha! W prostocie siła!


Kawa nadal w kubku gości :) 

I jedzonko się załapało :)

znów mnie nakarmili (kliknij, zobacz przepis) 
Szpinak


i jego przemiana :) 

Próby sosu musztardowo-miodowego ... 
Twórczość Tysi (mam dwie lewe ręce, ale narysowałam słonika)  :)



Odrobina wiśniowych wspomnień : 



Kremik Tender Care z Oriflame doczeka się osobnego wspomnienia na blogu.


Loooki <3 Nie miał mi kto zdjęcia zrobić, więc macie samodżebkę! (kalkulatorem robiłam :P) 






 Droga na uczelnię - wyłączone wszystkie latarnie. Chyba nie lubię stać sama w ciemności...

Już pisałam, że pisałam rozdział. Pozwoliłam sobie na małe co nieco :P 

Koniecznie chciałam wypróbować mój piękny korek do wina... 
Wyglądało to tak : 



Dotarliśmy do piątkowego kadru :) 

Jak u Was? Dużo pracy? A może leniuchujecie?