Otwieranie okien szkodzi

Jadę autobusem. Śmierdzi w nim żulem. Robi mi się niedobrze. Szybkie spojrzenie na okna z jednej strony autobusu - zamknięte, z drugiej - oczywiście też zamknięte. Otwieram jedno najbliżej siebie i próbuję oddychać normalnym powietrzem. Trzask, okno już zamknięte. Patrzę na gościa a on do mnie: "przeziębię się!" 

źródło: stylnet.com.pl

Ogólnie jestem otwieraczem okien i dziwnych, niemiłych a niekiedy wręcz komicznych sytuacji było od groma :) Jedna moje myśl z takiej "trasy":   Gdyby tak stworzyć program informowania idiotów o tym, że od jednego otwartego okna w autobusie NIE ZACHORUJĄ, NIE PRZEZIĘBIĄ się etc. to może byłoby czym oddychać w środkach komunikacji miejskiej? Marzenia Tysi siedzącej w autobusowym smrodzie (bo przecież jakiś facet musiał mi zamknąć jedyne otwarte okienko "bo ja się przeziębię") spoko facet, miej dalej zapięty pod szyję polar, nie dostosowuj ubioru do temperatury otocznia i umrzyj na zaziębienie! ;/

Marzę o jakiejś akcji doszkalającej ludzi, coś na zasadzie kilku kroków : 
*od jednego otwartego okna w śmierdzącym, zatłoczonym autobusie, gdzie jest duszno nie umrzesz, nie zapali ci się ucho, nie przeziębisz się (przecież i tak jesteś ubrany!)

* im mniejsze różnice temperatur tym lepiej! Wsiadając z ulicy (ok 2* ) do ciepłego autobusu ( co najmniej 20*) fundujesz swojemu ciału szok. Mało tego nie pozwalasz otwierać okna, bo się przeziębisz, nie wspominam już o tym, że przecież nawet nie rozpiąłeś kurtki, jedziesz ogrzewanym autobusem, wysiądziesz, znów zafundujesz sobie różnicę temperatur i tak, tym razem może będziesz chory

* to, że jesteś przeziębiony nie znaczy, że wszystkie okna mają być zamknięte! Wręcz przeciwnie, dlaczego inni mają być otoczeni twoimi zarazkami i bakteriami?! Kaszlesz i kichasz w najlepsze, świeżego powietrza brak i bakterie i inne zarazy wirują wokoło niczym piękne płatki śniegu...

*wietrzenie pomieszczeń też jest istotne by można było oddychać świeżym powietrzem, nawet, jeśli jest zimno jest to chwilowe - za moment się rozgrzejesz, bo wspólnie z innymi nachuchacie w tych czterech ścianach (duchota chwilowa nie jest).

Jako że jestem sierotą społeczną i jak jakieś akcje mają się przytrafić to mi, mam cały garnek dziwnych wspomnień. Zamykanie okna przed nosem, krzyki "bo się przeziębię"- norma, ale ostatnio wydarzyło się coś ciekawszego :P

Jechałam jak zwykle autobusem, tradycyjnie zaduch i wszystkie okna zamknięte. Zajęłam miejsce za kierowcą, po lewej stronie. Po prawej siedziała kobieta, która uczyła (nie mnie) w mojej podstawówce. Uchyliłam sobie okno i jadę na zajęcia. Mam wysiadać a ta do mnie "zamknij okno!" na ty nie jesteśmy, ale że dobry człowiek jestem przymykam je trochę i chcę lecieć na tramwaj, który się majaczy. Nie, baba mi nie popuści, wychyla się ze swojego siedzenia po prawej stronie autobusu i próbuje mnie trzymać gadając coś do mnie (dlaczego od razu jej nie olałam tylko posłuchałam  zamiast wsłuchać się w muzykę ze słuchawek?). No nie, przegięła, nie będzie mnie za rękaw szarpać! Już miałam ochotę jej wylutować, trzasnąć w tę twarz cholerną, ale wyrwałam się i pobiegłam na tramwaj. Mam w sobie tyle cierpliwości, że szok. I miła byłam i dumna z siebie jestem. Ale nielogicznych zachowań nie rozumiem i w końcu komuś trzasnę lub powiem, by spier! 

O tym, że wysiąść z autobusu się nie da, bo panie muszą wsiąść już nie wspominam, bo zaczęłam te osoby traktować z tak zwanego bara. I wysiadam normalnie, bo widać, że prośbą, groźbą czy innym działaniem werbalnym nie wygram. Kiedyś się pożaliłam: Lubię starych (szczególnie śmierdzących) ludzi - za to, że w środkach komunikacji miejskiej się na mnie pchają (a raczej pokładają), popychają czy depczą mi nogi, ale najbardziej uwielbiam moment, gdy chcę wysiąść a oni wpychają się do autobusu wpychając mnie do środka. Dziś nie wytrzymałam, i odpyskowałam po raz pierwszy :"Najpierw się wysiada stara babo!" - jestem niewychowana, chamska i w ogóle co z tą młodzieżą. Poważnie nie rozumieją, że żeby mogli wsiąść ktoś musi wysiąść?! Chcą chamki? Będą mieli, cierpliwości nie kupuję na targu :P 

A co Wy myślicie o otwieraniu okien? Jesteście za czy przeciw? Potraficie przesiedzieć kilka godzin w smrodzie i braku tlenu? 



Skąd wziął się leń?

Czasem mamy tak, że nam się nie chce. Nie widzi nam się wyjść z domu. Ba! Nawet wychylenie nosa spoza kołdry wydaje się być zbyt trudnym zadaniem. A przecież tyle mieliśmy zrobić, tyle zadań do wykonania!


Skąd wziął się leń? Zastanawialiście się kiedykolwiek nad tym? Czy naprawdę jesteśmy leniwi? A może wcale tak nie jest? Przecież mamy tyle wykonanych zadań na swoich kontach i jeszcze robimy listy kolejnych! 

Gdzie tkwi problem? Wypaliliśmy się? Możliwe. Jednak bardziej prawdopodobne jest to, że zaniedbaliśmy siebie. W pogoni za doskonałością, w natłoku obowiązków zapomnieliśmy o jednej bardzo istotnej kwestii- nie mieliśmy czasu odpocząć. Nie zrobiliśmy dla swoich ciał i umysłów resetu. Tego, co jest potrzebne każdemu z nas by móc dalej pędzić niczym TGV. 

Jest jeszcze druga opcja - nie lubimy tego co robimy i podświadomie próbujemy tego uniknąć. Albo boimy się, że nam się coś nie uda. Czasem zdarza się też, że obawiamy się sukcesów (powtórzę: są to obawy, które rozwijają się bez udziału naszej świadomości!)

Co zrobić, by się chciało? 
* stworzyć listę zadań,  plusów z ich wykonania i konsekwencji w przypadku niepowodzenia - gdy zrobię to i to będzie tak i tak, gdy nie skończy się tak, skreślanie zadań z listy sprawia, że czujesz się lepiej :)
* nagradzać się za każde wykonane zadanie; nawet najmniejsza nagroda jest lepsza niż kara!
* odliczać dni do końca (do końca  zostało xx dni) - polecam, u mnie do końca największego koszmaru zostało już około 7 m-cy ;)
*zacząć dbać o siebie bardziej - nie szczędźmy sobie przyjemności i tak mamy na nie mało czasu... 
* spojrzeć na hasającą  Alpakę, uśmiechnąć się i uwierzyć w siebie!  :)
źródło : facebookowy fanpage lam i alpak :)

Akcja organizacja - podsumowanie i nowe wyzwanie

Zgodnie z naszą nową maksymą poniedziałek to początek czegoś nowego i lepszego. Czas na podsumowanie pierwszego wyzwania i podjęcie kolejnego. 

 
Tak przewrotnie :)

źródło: iqkartka.pl

Basia o narzekaniu:

Tydzień bez narzekania... I jak tu sensownie napisać podsumowanie, gdy nie można ponarzekać na samą siebie? Ale dam radę. Udało mi się wykonać zadanie w połowie – zdecydowanie mniej narzekałam przebywając wśród ludzi. Starałam się nawet wyrażać pozytywniejsze opinie. Niestety, zauważyłam to, o czym pisałam w poprzednim poście – rozmowy jakoś dziwnie szybko się urywały, zwłaszcza w pracy, gdy nie dołączałam się do wianuszka skarg i zażaleń, a mówiłam, że jest mi dobrze i, że cieszę się z nowych wyzwań. Czy naprawdę tak trudno jest nam ze sobą rozmawiać, kiedy nie możemy wspólnie pomarudzić? Zaintrygował mnie ten temat i muszę mu się dokładniej przyjrzeć. O wyciągniętych wnioskach napiszę przy jakiejś innej okazji.

Zdecydowanie cięższe było powstrzymanie wewnętrznego narzekacza. Niektórzy nazywają go podświadomością, głosem realisty, dla mnie jest on Andrzejem. I trudno było mi go poskromić, szczególnie w momentach, gdy przez godzinę nie mogłam odpalić płyty, bo napęd w laptopie zaczął szwankować albo, gdy podobno bliska osoba okazała się kompletną zołzą. Na szczęście pierścionki pomagały – nosząc je, przypominałam sobie, że mam hamować swoje negatywne emocje, bo w niczym mi one nie pomagają, a jedynie zatruwają organizm.

Tydzień ten był nietypowy i skłonił mnie do wielu różnorodnych przemyśleń – praca nad narzekaniem otworzyła mi oczy na inne problemy i na pewno nie zakończę jej na tym jednym razie. W końcu do oświecenia dochodzi się przez wiele długich lat.

Tysia o narzekaniu :  Zapowiadało się cudownie, początek tygodnia spowodował, że wszystko było na plus, całą resztę opisałam w poprzedniej notce. Wniosek mam jeden - czasami było trudno, lecz o wiele łatwiej jest nie narzekać zewnętrznie niż wewnętrznie. Podobnie jak Basia jestem samokrytyczna i strasznie ciężko jest nie narzekać na samą siebie. 

Kolejny poniedziałek to kolejne wyzwanie. Tym razem na tapetę wzięłyśmy ćwiczenia. 
źródło: clipartguide.com


Basia o ćwiczeniach : 

W pewnym momencie postanowiłam, że zacznę ćwiczyć (i nie, nie było to związane z fenomenem pewnej pani - moje nawrócenie nastąpiło przed rozkwitem jej sławy). Jako osoba, która nagminnie unikała lekcji w-f, a zwolnienie z zajęć, otrzymane po operacji, traktowała jak zesłanie cudu, podeszłam do tego z dystansem. Pierwsze 10 minutowe próby kończyły się zmęczeniem, hektolitrami potu, ale też i ogromną radością. Po pewnym czasie doszłam do takiego momentu, w którym ćwiczyłam codziennie i sprawiło mi to nieopisaną przyjemność. Czekałam na te chwile z utęsknieniem. Potem przyszła przeprowadzka biblioteki, uszkodzona szyja i... przerwa.

Wiadomo jak to się skończyło. Boli mnie, nie mogę, muszę poczekać, ale znów trzeba zacząć od początku. Wymówki, wymówki i jeszcze raz wymówki. Doszło do tego, że porzuciłam aktywność fizyczną całkowicie – za wyjątkiem spacerów, bo te kocham miłością szczerą i nieskończoną. Postanowiłyśmy z Tysią, że w tym tygodniu będziemy codziennie ćwiczyć przez 15 min. Wierzę, że dzięki temu „przymusowi” przypomnę sobie, dlaczego tak uwielbiałam bycie aktywną i, że wrócę do tego z uśmiechem na ustach.


Tysia z kolei polubiła bieganie, jednak bieg w dymie unoszącym się z kominów niestety nie napawa optymizmem, dlatego po raz kolejny spróbuję poćwiczyć w domu. Nie, na pewno moją mentorką nie będzie pani od endorfinek niepoprawnie wykonująca ćwiczenia. I tak, wiem, że nawet najmniejsza aktywność fizyczna jest lepsza od jej braku i w przypadku osób nieruszających się efekty są widoczne dość szybko. Czeka mnie teraz dość pracowity tydzień, mam jednak nadzieję, że uda się tak zorganizować czas, by wszystko pogodzić a może nawet przebiec trochę w tym tygodniu :)

Trzymajcie kciuki by żadna wymówka nie była dla nas wystarczająca! Będziemy dawać znać jak nam idzie :)

Ostre przyhamowanie

Wciąż gdzieś biegniemy, gonimy czas. Robimy tysiące rzeczy w ciągu jednego dnia. Ledwo skończymy (lub nie), już bierzemy się za kolejne zadanie. I kręcimy się w tym kole jak chomiki, by pewnego dnia powiedzieć: BASTA!


Zatem podsumowując miniony tydzień : niezdane kolokwium, mniej narzekania i próby pozytywnego patrzenia na świat, kawa i panna cotta w mojej ulubionej knajpie w doborowym towarzystwie, piątkowe zaleganie "po menelsku" na kanapie, czyli filmy + piwo + chipsy = zgon.

Oddać puste kolokwium? Olać obowiązki? Nieee, niemożliwe. To na pewno nie ja. A jednak :P Znajomi nadal w to nie wierzą, a ja już złapałam kolejny wiatr w żagle i od wczoraj próbuję ogarnąć bardzo fascynującą tematykę zwaną prawem zobowiązań. Jeśli macie problemy z zaśnięciem polecam! U mnie nauka na administrację wygląda tak, że zasypiam nad notatkami/ książką/ laptopem.
Liczę na to, że tęczowe kolory pomogą moim engramom :D 


W torebce znalazłam pomadkę ochronną Tender Care Oriflame (to samo, co w okrągłym pudełeczku, lecz w wersji sztyftowej). Jej stan wskazywał na to, że jest "prawie skończona, acz zapomniana", więc przetestowałam ją na łokciach. Sprawdziła się i obecnie wygląda tak (normalnie była idealnie gładka, bo mam dziwny sposób malowania ust :P ) :




I kilka zdjęć z mojej ulubionej kawiarni w mieście :
Moja ulubiona kawa z syropem karmelowym :)

i panna cotta :)



Martini (bo pasuje do mnie!) 

Zdrowie Wasze w gardła nasze (choć symbolicznie, ale jednak!)
Bardzo potrzebowałam takiego hamulca i odpuszczenia w wielu kwestiach, teraz mogę wracać do moich kolorowych notatek, może coś do jutra zapamiętam :) 

Macie jakieś sposoby na przyhamowanie, kiedy obowiązków jest od groma, chodzicie niewyspani i nawet czekolada nie pomaga? Co wtedy robić, by nie zawalić czegoś? Liczę na Wasze odpowiedzi (na wszelki wypadek, bo zima długa i sesja nadchodzi). 


Tysia tropi - Internety

Biegam "po tych Internetach" jak szalona i co chwilę znajduję ciekawostki, które warto uwiecznić. Dlatego uwieczniam screeny i zbieram je by Wam pokazać. Oto porcja rozrywki z okazji środka tygodnia :) 


Nie wybieram jeszcze mojego numeru jeden, wrzucę kilka przykładowych. Z czasem pewnie powstanie coś w rodzaju "Top 10" :)

Proponuję kliknąć na zdjęcie (lepiej widać)














Wiem, że niektóre z tych błędów to zwykłe literówki, ale i tak całkiem pozytywnie nastrajają mnie wszelkie "kwiatki" :) I jeszcze ten tekst o dziewczynach, które w wieku 18-20 lat nie mają nic do roboty... Jasne ;)


Czy któryś z nich Wam przypadł do gustu? A może macie inne? 



PS Zainspirowałam kogoś i moje zdjęcia z poprzedniego posta z tego cyklu będą (podobno) w weekendowej gazecie, także nie pozostaje mi nic innego jak tropić dalej :)


Akcja organizacja - pierwszy poniedziałek!

 Dziś ruszamy z nowym cyklem Akcja organizacja - co poniedziałek!  Jesteśmy dwie, jak ogień i woda. Jak niebo i ziemia, albo po prostu - jak Basia i Tysia ;) W każdy poniedziałek rzucimy sobie wyzwanie, któremu cały tydzień będziemy dzielnie stawiać czoła. Podzielimy się efektami i zmotywujemy się do kolejnych działań!


Na pierwszy ogień idzie czynność stara jak świat i podobno charakterystyczna dla naszego narodu. Wiesz już co to? 


Narzekanie – zgodnie z definicją podaną przez Słownik języka polskiego, jest to mówienie o czymś z niezadowoleniem, wyrażanie żalu. Narzekamy zawsze i wszędzie chciałoby się powiedzieć. Czy taka jest jednak rzeczywistość? Jak mówi prof. Bogdan Wojciszke w wywiadzie dla Przeglądu:

[Narzekanie] Jest to nawyk kulturowy, obyczaj. Człowiek narzeka nie wtedy, gdy mu coś dolega lub z powodu brzydkiej pogody, lecz wtedy, kiedy się narzeka. \"Się\" - czyli kiedy się porusza pewne tematy. U nas to tematy ogólnospołeczne: funkcjonowanie państwa, politycy i cała sfera publiczna - sprawy, które są raczej odległe, choć ważne. Nasze badania pokazują, że w Polsce po prostu głupio brzmi, jak mówi się dobrze o pewnych sprawach, takich jak zarobki, służba zdrowia czy politycy. Choć efekt ten wydaje się paradoksalny, w Polsce mówienie negatywnie budzi sympatię.

Zaintrygowało mnie to ostanie zdanie, czy naprawdę narzekanie wywołuje u nas sympatię do drugiej osoby? Podumałam, podumałam i stwierdzam, że jednak coś w tym jest. Ile to razy wolimy rozmawiać z kimś, kto też się skarży? Może cieszymy się, że i tej osobie źle wiedzie się w życiu?
Nie cierpię narzekać, bo uważam to za bezproduktywne marnotrawienie czasu. Jeśli czegoś się nie lubi, to warto to zmienić. A gdy nie możemy tego zrobić, to zmieńmy swoje nastawienie. Dlaczego źle widziane jest pozytywne wyrażanie się o innych?

Narzekanie służy kilku funkcjom, a jedna z najważniejszych to nawiązywanie i podtrzymywanie więzi społecznych.

To ja ładnie podziękuję za więzi zbudowane na takim schemacie. Wolę spotykać się ze znajomymi, którzy tak jak ja potrafią czerpać radość z życia i cieszyć się z najdrobniejszych rzeczy.

Nie znaczy to, że jestem świętą. Ostatnio zaczęłam u siebie zauważać, że narzekam coraz więcej i więcej. I to już nie tylko w myślach, ale i na głos. Niestety, w pracy mam bardzo podatny grunt, bo wiadomo, gdzie kobiet sześć… Widzicie i znów zaczynam. Dlatego wraz z Tysią postanowiłyśmy rzucić wyzwanie narzekaniu i przez tydzień będziemy tego nie robić. A przynajmniej postaramy się.

Aby pamiętać o swoim postanowieniu będę nosiła pierścionek, który wyciągnęłam z szafy. Zawsze, gdy zacznę narzekać, w jakikolwiek sposób, to przełożę go na drugą dłoń, a informację o tym fakcie zanotuję w notesie. Mam nadzieję, że uzyskany wynik będzie jak najlepszy, zwłaszcza że mój brat stwierdził: Nie masz marudzić? W życiu nie dasz rady. Podniosłam rękawicę i zaczynamy!


Na zachętę: zobacz

A Tysia na to - jak na lato, bo okazji do marudzenia jest zwykle za dużo. Tyle się dzieje, że nic, tylko narzekać, marudzić (a bo plecy bolą i kolokwiów tyle i pogoda zła i w ogóle bee!). 

Pozdrawiamy razem, choć osobno : Basia i Tysia :)

PS Poniedziałki są trudne chyba dla wszystkich, dlatego we dwie powinno się udać. Dla tych, którzy Basi jeszcze nie znają - link do bloga mojej towarzyszki organizacyjnych poniedziałków: klik. Możecie poczytać o ciekawych (i nie tylko) książkach, których na półce nigdy u Basi dość ;) 

Weekendowy chill out vs obowiązki

Sobota. Dzień dla wielu wolny. Moment na nadrobienie zaległości, odespanie czy odpoczywanie. To także dobry czas na coś nowego! 


Wielkimi krokami zbliża się poniedziałek. I nie, nie chcę nikogo straszyć, też nie lubię wstawać rano ;) Ten poniedziałek jednak będzie wyjątkowy - rusza kolejny projekt, który miał być myślą przewodnią tego bloga, ale coś nie wyszło. Musiałam poszukać towarzystwa, wsparcia, którego udzieli mi ktoś znajdujący się w podobnym położeniu. Dążąc do wspólnych celów łatwiej jest się zrozumieć i motywować. Nie szukałam ani długo ani daleko, ale zgranie naszych harmonogramów... Ale! Chyba się uda. Zatem - startujemy w najbliższy poniedziałek, 18.11.2013 nigdzie indziej jak właśnie tu, na blogu.

A póki co mamy sobotę. Książki - leżą rozgrzebane. Gramatyka? Coś mi morfemy płaczą. Zobowiązania? Śpią w szufladzie. Dydaktyka? Odpoczywa koło lampki. Francuski? Drzemie na stoliczku. Tysia? Skrobie notkę.

Słowem? Nie mogę się zmobilizować. Ale po co mam się tym martwić? Wczoraj wypiłam grzane wino i jak sobie pomyślę, że za chwilkę pójdę odespać ostatnie dni robi mi się cieplej na duszy. Czasem wątpię w sens takiego zabiegania. Przecież nawet nie mam kiedy w spokoju wypić herbaty i pomyśleć nad życiem. Dzień za dniem, każdy gdzieś biegnie, dni też ścigają się jak szalone. Potrzebuję odsapnąć. Z drugiej strony mam wrażenie, jakbym nic nie robiła i ciągle była zmęczona - ot tak. Spokojnie... Się pozmienia!

Zostawiam Was z grzańcem (co prawda wirtualnym, ale się starałam!). Pomysłów mam coraz więcej, wyzwań też, tylko jednego nie potrafię - nie wiem jak wydłużyć dobę? Może ktoś z Was już opatentował jakiś sposób? 


Spokojnego weekendu, byście naładowali akumulatory i śledzili nas od poniedziałkowego poranka :)
Po prawej dla mnie, po lewej dla Ciebie :D Szkoda, że wina nie da się przesłać mailem :)


Dużo na głowie

Jestem kobietą. Gorzej. Jestem konsultantką. To pociąga za sobą całą serię postów kosmetykowych. Tym razem o tym, co mam na głowie - nie w przenośni. Dosłownie. Słowem? Porozmawiajmy o włosach! 

Kosmetyków u mnie duużo i ciut ciut. Jeśli miałabym czekać aż pokażą mi się ich denka (tak jak robiłam to do tej pory) - nie byłoby szans na opisanie choćby większości z nich :)

Przed Wami seria miód i mleko ( z pszenicą) w odsłonie włosowej. Bohaterowie czwartku to szampon i maska do włosów. Odżywka smutnie czeka w kącie  na swoje 2 minuty sławy :)

Wita Was Pan Szampon. Jest to istota nawilżająca i przyjemnie pachnąca (jak cała seria Milk & Honey z Oriflame).

A konsystencję ma taką - gęstą :)


Teraz czas na  na 5. minutową maskę do włosów :)



Sama nie byłabym w stanie jej zużyć, więc połową się podzieliłam, dzięki czemu szybciej zobaczę dno.  Jupi! :)

Maziamy, paciamy po dłoniach  i...


Pac! Na włosy.

Po pięciu minutach spłukujemy :)


A teraz, zgodnie z tym, co dyktuje mi skleroza - zapisz to gdzieś, zapisz!
Wrzucam zdjęcia swoich włosów, by móc potem sprawdzić jak szybko rosną. Ostatnie poważniejsze cięcie - wrzesień 2013. 


Grzywka jak u Wujka Cosia. Podcinana jakoś we wrześniu, już nic nie widzę  ;) 

Odżywka musi poczekać, ponieważ jest dwuminutowa a niezbyt mam na co dzień czas, by czekać ze spłukaniem. Wszystko biegiem, więc jeszcze się doczeka.
 Szampon uwielbiam, maska gości na mej głowie rzadko, ale nie narzekam na nią. 
 Z tego co wiem maska sprawdza się u posiadaczek loków (dlaczego nie mam loków?!<chlip>) i włosów farbowanych (akurat tego, że mam naturalne nie żałuję :P).

U mnie spektakularnych efektów nie ma, ale lubię tę delikatność Milk & Honey w trakcie tak przyziemnej czynności jak mycie głowy  :)



Hoł, hoł, hoł! Prezenty dla bliskich

Jak widać: źródło to swiety.mikolaj.com :)

W galeriach handlowych chyba jeszcze nie słychać "świątecznych" hitów, jednak pewnie nie jestem jedyną osobą, która woli już teraz skompletować wyprawkę bożonarodzeniową dla najbliższych :)


Zacznijmy od tego, że bardzo lubię zdziwienie sprzedawców gdy na początku listopada pytam o opakowania świąteczne. Nie zostawiam kupowania prezentów na ostatnią chwilę, większość już kupiłam, zamówiłam lub zaplanowałam. To znaczy dałam listę panu z brodą ;)

Dlaczego tak wcześnie? Nauczyłam się tego w którąś wigilię, gdy doręczono mi awizo i biegłam po jeden za późno wysłany prezent. Nigdy więcej!

Zastanawia mnie jednak jak to jest możliwe, że kobieta jest takim cudownym odbiorcą prezentów.
Dasz jej kwiaty - ucieszy się, czekoladki - tak samo, książka- dlaczego nie?, kosmetyki- spoko, inne cuda wianki- jupiii!

 A mężczyzna? Skarpety, krawaty i majciochy - no bez jaj, coś przydatnego i nieoklepanego - dzięki. Jejciu, tylu przedstawicieli tej płci i tak ciężko trafić? Menelowi dasz jakieś piwo i się cieszy, a co dać przeciętnemu mężczyźnie? Co go ucieszy?

I tu lecą gromy - przecież znasz swojego tatę/ dziadka/ brata/ chłopaka/ narzeczonego/ męża/ wujka / (niepotrzebne skreślić, potrzebne dopisać). No niby tak, ale czy to znaczy, że jeśli ma 50 flakonów perfum to powinnam kupić kolejne? Jakie?  A co, jeśli uważa, że większość rzeczy, o których myślisz by mu kupić to strata kasy?

W ten sposób, co roku w okolicach grudnia wszelkie miejsca w sieci są zalewane pytaniami "Co kupić?"
 Ze mną chyba nie mają problemu, zawsze sobie coś wymyślę, ubzduram, że chcę mieć i wołam głośno i wyraźnie by doszło gdzie trzeba, że zbieram królów by wymienić ich na obiekt mojego pożądania. I do tego mam trzy okazje w grudniu by to dostać ;)

 Problem pojawia się jednak z innymi osobami, które są skryte i nie mówią co by chciały dostać, albo, co gorsza, mają wszystko i naprawdę ciężko jest im cokolwiek podarować. Wiadomo, ma być to coś miłego, liczy się gest i tak dalej, ale czy nie jest miło, gdy druga osoba ucieszy się szczerze i będzie korzystać z tego, co kupiliśmy?

Zatem w tym roku porozpieszczam wszystkich na swój sposób i pewnie podzielę się nimi w trakcie świąt (wbrew pozorom niektórzy tu zaglądają, a to ma być niespodzianka). Podejrzewam, że zabierze mi to trochę czasu, ale dla tych uśmiechów (na które liczę, więc jeśli to czytacie to uśmiechajcie się szeroko!) warto :)

Tysia bierze się do roboty ...

Od miesiąca powtarzam sobie: zacznę pisać. I na tym się kończy. Skorzystałam z długiego weekendu i po przedwczorajszym egzaminie (czy cokolwiek to nie było, podobno egzamin) odespałam wszelkie migreny by móc udać się do biblioteki :) 

Misja została wykonana wczoraj, w związku z czym dzisiaj siedzę z książkami na stoliczku i powoli zaczynam się przekonywać, by zacząć do nich zaglądać...

Nie ulega jednak wątpliwości, że czeka mnie kilka wycieczek w kierunku uniwersytetów wszelakich w poszukiwaniu kolejnych pozycji do bibliografii. Niestety, zdążyłam już zapomnieć o przebojach związanych z brakiem źródeł na miejscu i wspaniałomyślnie kontynuuję mój temat dotyczący "umów śmieciowych". 

Tym razem jednak mam zamiar opisać pokrótce rynek pracy i nadużycia, jakie się stosuje by ominąć prawo pracy z wyraźnym naruszeniem przepisów. O tym, że tak jest wie każdy, ale jednak wydawnictwa zwarte są nieodzowne (ciągłych jest podobno pełno w sieci, więc chwilowo odpuszczam poszukiwania "na już", bo w którejś bibliotece na pewno znajdę).

Zastanawia mnie, czy lepszy jest biblioteczny system pt "można wszystko wypożyczać" czy może jednak "jeden egzemplarz zawsze na miejscu". Przecież mogę czekać do czerwca a osoba, która wypożyczyła książkę, którą chcę przejrzeć może ją przedłużać aż do końca sesji letniej. Nie wiem czy to normalne, ale dosłownie odliczam dni do końca z nadzieją, że wszystko się uda i w czerwcu będę opijać radość pożegnania z uczelnią.  Może nawet poczuję przypływ miłości do niej?  

Wolny dostęp sprawił, że poczułam się jak w Norwich... Chętnie usiadłabym w bibliotece (by poczytać o motywowaniu uczniów, nauce języków, że nie wspomnę o przeglądaniu książek do nauki języków obcych), ale niestety, na to jeszcze nie czas (i limit też wyczerpałam, więc nie było mowy o zabraniu do domu którejś pozycji) :(  

Kilka zdjęć z poszukiwań (niektóre pozycje naprawdę są ciekawe) : 











Tysiu, limit wyczerpany, innych książek nie będzie! (gdzieś tu udało się wcisnąć dla niepoznaki wstęp do językoznawstwa) ;)


A oto bohater minionej soboty! Gdyby nie on książki nie dotarłyby do domu ;) 

Rada dla studenta : rób zdjęcia książek z których korzystasz i tych, które Cię interesują, nie będzie problemu z ich późniejszym odnalezieniem :) Kserowanie w stylu "może się przydać" odradzam, zbyt wiele jest stron, które mogą zaciekawić i zechcesz je skserować a kasa ucieka. Potem się okaże, że z połowy (co najmniej) nie skorzystasz, jeśli ulegniesz chwili. Nadal się zastanawiasz? Przejrzyj owoc pracy naukowców, w razie potrzeby wróć do tej książki po jakimś czasie albo zrób zdjęcia treści :) 

To  teraz jakaś kawa (kolejna! dlaczego mi to robisz?)  i przejrzę co przyniosłam, może trochę napiszę o czymś innym, by dobić do wymaganej ilości? Tylko- tak bardzo mi się nie chce i muszę się zmusić, już wolałabym czytać o funkcjonowaniu dzieci.

A u Was jak? Pracowity weekend?