Trochę Tysi- o nauce języków obcych

Siedzę tu z Wami i piszę o różnych aspektach dnia codziennego. Jednym z nich są języki i pewnie z ich powodu jest Was tutaj tylu. Trochę prywaty zrobię i opiszę jak to u mnie wygląda od kuchni. 

źródło: flikr.com

Teoretycznie uczę się trzech języków obcych: hiszpańskiego, francuskiego i angielskiego.

Hiszpański to mój język kierunkowy na studiach (drugich z kolei, równolegle kończę magisterkę z superciekawej administracji, na której na koniec wszystkim ciutkę odbiło). Historia jego nauki jest u mnie kręta jak serpentyna i chyba udałoby się napisać o tym nawet książkę. W związku z tym, by nie przedłużyć tego posta do nieskończoności, opiszę to osobno jeśli ktoś będzie zainteresowany. 

Istotne jest jednak, że jakiś kontakt z językiem hiszpańskim miałam, coś tam umiałam. Zaczęłam jednak studiować z grupą "od zera", głównie z powodu wygody i obaw, że nie poradzę sobie ze wszystkim czasowo, fizycznie, intelektualnie, emocjonalnie (administracja zżera lwią część dobrego humoru). Propozycje przejścia do grupy zaawansowanej odrzucałam "mam dużo pracy na drugim kierunku", aż w końcu w tym roku zasiliłam szeregi tej ekipy. Grupa jest mniejsza niż w zeszłym roku, pytam non stop o wszystko, czego nie wiem/ nie rozumiem/ mam wątpliwości. Uzyskuję wskazówki i podpowiedzi - dzięki temu mogę trochę nadgonić materiał, którego moja poprzednia grupa jeszcze nawet nie miała w planach. Postanowienie poprawy mam ogromne i zamierzam w końcu naprawdę zacząć się uczyć (choć nadal kiepsko z motywacją, ale walczę i wygram!).
Powtórka z czasu przeszłego poniżej :)

Francuski - drugi język na studiach. W zeszłym roku prowadzony z naciskiem na komunikację, gramatyka okrojona do minimum, słówka, fonetyka etc. Wraz z przybyciem października Tysia wróciła do przeszłości, czyli ma z tym samym nauczycielem, z którym miała w liceum. A w liceum było tak : I klasa- mało nauki, dużo zabawy, głównie osłuchanie, wymagania przeciętne. II klasa - przychodzi wymagający nauczyciel, przy którym poziom francuskiego skacze do góry jak ciśnienie przed lekcją. Efekt? Tysia zda maturę z francuskiego! Przecież to pewne! Klasa maturalna - nauczyciela nie ma, robi doktorat, dostajemy innego. Matura? "To sobie zdawaj!" Nie ma to jak wsparcie, prowadzący zajęcia na początku nauki proponuje pomoc, Tysia jednak już utraciła skrzydła i upadła na beton - to by było na tyle w kwestii romansu z francuskim. Mamy październik i znów zaczynamy od początku maglować słówka i gramatykę, zupełnie, jakby tych 5 lat nie minęło ;)
Ostatnio na zajęciach wyłam do tej piosenki (i nadal wyję!):

Angielski - tu mnie macie! Leży. Leży i wyje, że chce do mnie. Oglądam seriale, filmy, czasem coś przeczytam, word of the day na mailu, które codziennie miałam przepisywać. Nie udaje mi się to. Dobrze, że mam zajęcia z dzieciakami to sobie coś tam powtarzam na poziomie podręczników :P Czasem się jakiś Erasmus trafi, czasem ktoś inny. Ogólnie aż tak źle nie jest, ale zawsze może być lepiej. I będzie. Chociaż tyle lat jestem w plecy. W liceum nadrobiłam (podobno materiał z pierwszego roku filologii angielskiej?!), lecz na moich cudownych studiach nie tylko cofnęłam się w rozwoju ale i nabrałam awersji do nauki języka. W ogóle to irytują mnie niektóre kobiety nauczające języków, lepiej mi się uczy z facetami :O

Jeszcze tylko muszę ogarnąć siebie przy tych skokach ciśnienia i zmianach pogody (pozdrawiam Cię, Migrenko najsłodsza! Uwielbiam z Tobą spać w dzień i wychodzić przez Ciebie z zajęć, gdy czuję, że mnie tam ciągniesz!), mój "kierunek wiodący" i dwa języki wspomniane wyżej. A motywacji jakoś mało, więc kawa, coś słodkiego i do roboty :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz