Jestem miłością - hit czy kit?

Co kryje jedna z najbardziej wpływowych rodzin z Mediolanu? Czy przepych, wystawne uczty i coraz droższe zakupy mogą zastąpić miłość? Jak można odnaleźć się w obcym kraju, po przyjęciu innego stylu życia niż dotychczasowy? 

Odpowiedzi na te i wiele innych pytań możemy szukać w filmie Jestem miłością Luci Guadagnino. Został on doceniony na licznych festiwalach filmowych m.in. w Wenecji, Toronto, Rzymie, Berlinie i w Sundance.

Emma to Rosjanka, która opuściła swój rodzimy kraj, by móc żyć w dostatku i wolności. Niestety, ceną za tę wolność było wplątanie się w świat konwenansów. Wśród idealnie zaplanowanego, uporządkowanego życia znajduje jednak czas na nawiązanie znajomości z młodym i uroczym mężczyzną - przyjacielem swojego syna. Początkowy romans oparty na żądzy fizycznej z czasem przeradza się w coś głębszego...

Problem akceptacji homoseksualizmu przez rodziców jest ostatnio coraz częstszym wątkiem poruszanym w filmach. W melodramacie Jestem miłością został on ukazany w sposób wyjątkowo dosadny, uświadamiając, że każdy chce kochać i być kochanym, lecz nie każdy potrafi zrozumieć i zaakceptować wybór swojego dziecka.

Film nie jest łatwy w odbiorze. Fabuła jest bardzo pogmatwana, wątki scalone są dopiero w środku, a może nawet pod koniec filmu, co sprawia, że jest on nudny dla przeciętnego widza. -Czytałem o obszernej symbolice zawartej w tym filmie. Niestety nie udało mi się jej wyłapać i zrozumieć. Jestem miłością uważam za film zbyt trudny dla mnie, całkowicie go nie zrozumiałem i mogę jedynie domyślać się, o co chodziło. Zdaje mi się, że uczty miały być pewnym zastępstwem miłości, a zupa zwana uchą, serwowana na specjalne okazje była pewnym wyrazem jedności rodziny - mówi Marek, jeden z widzów.

reżyseria: Luca Guadagnino
scenariusz: Barbara Alberti, Ivan Cotroneo, Luca Guadagnino, Walter Fasano
zdjęcia: Yorick Le Saux

obsada:
Emma - Tilda Swinton
Edoardo Recchi -Flavio Parenti
Antonio Biscaglia- Edoardo Gabbriellini,
Elisabetta Recchi- Alba Rohrwacher,
Tancredi Recchi - Pippo Delbono

Wpadki językowe i inne takie, czyli nowy cykl postów

Nikomu chyba nie muszę przypominać, że mamy już czas zimowy. Oznacza to tyle, że jest ciemno jak w nosku :) Poza tym padam dziś na twarz, więc dbając o Wasze samopoczucie rozpoczynam cykl "Tysia tropicielka różności". Będą to nie tylko zdjęcia ale i print screeny wszelakie, które w jakiś sposób mnie zainteresowały. 



Przez ostatni czas robiłam zdjęcie wszystkiemu, co stanęło mi na drodze i w jakikolwiek sposób nadawało się do pokazania. Oto pierwsza porcja - 5 zdjęć :)






Gorączka czekoladowej soboty

Są takie dni, gdy nie ma się na nic ochoty. Albo gdy chodzi za nami czekolada. Jednak nie taka w tabliczce, lecz gorąca, z bitą śmietaną, albo taka na owocach... No, w ostateczności w cieście! 


I taki dzień dziś nastał. Koniecznie musiałam wyjść z domu. Po prostu czasem musimy wyskoczyć na miasto. Ale Tysia ma tę zdolność (jak chyba większość ludzi), że jak już coś się nie układa to falami. I taka fala miała miejsce w tym tygodniu, choć ją zignorowałam. Musiałam sobie dziś odbić :)  Dałam się namówić na pizzę, jednak potem naszła mnie ochota na czekoladę.

Marzenie o kubku gorącej czekolady z bitą śmietaną było tak wielkie, że postanowiłam odwiedzić nowe (dla mnie) miejsce o nazwie pijalnia czekolady choco. Wystrój ok, w dodatku jest teraz akcja "Bydgoszcz za pół ceny", o czym nie wiedziałam (odkąd nie piszę w redakcji mało informacji do mnie dociera), która sprawiła, że ludzi było wszędzie od groma i ciut :) Tak czy inaczej uparłam się nieziemsko i w końcu dorwałam upragniony stolik. Szybkie pytanie do kelnerki, czy miejsce jest wolne, odpowiedź twierdząca, zajmujemy :)  Kilka minut później już mnie w przybytku nie było. O ile rozumiem, że w lokalu może nie być wystarczającej ilości kart, o tyle nie mogę zrozumieć faktu, iż kelnerka zajęła się innymi stolikami, do których ludzie przyszli po nas. Na nas nie spojrzała w ogóle. Już miałam nadzieję, że idzie z menu w naszą stronę, gdy po raz kolejny zawitała na salę, jednak okazało się, że to dla stolika, przy którym już była przed minutą. Chwila cierpliwości i ewakuacja - nasza kasa nie pójdzie do ich kieszeni, skoro wv taki "przyjemny" sposób traktują klienta.

Efekt? Po raz kolejny wylądowałam w Beyrouth Café :) Nie żałuję, obsługa jest świetna, kawy, herbaty i czekolady - niebo w gębie. O ciachach nie wspominam, bo za dużo nasłodzę tej kawiarni. Muszę jednak przyznać, że jeśli już wychodzę na kawę, to do nich. Odkąd odkryłam to miejsce jestem mu wierna. Chęć poznania nowości okazała się być złym pomysłem. Dodatkowo, z okazji jesieni mają tam teraz fondue dla dwóch osób za połowę ceny (happy hours!), więc te 13 złotych było bardzo dobrze wydane. Skoro nic nie poprawia nastroju tak jak czekolada to  fondue z kawą jest idealnym duetem na taki październikowy, ciepły, sobotni wieczór. Jaki mam wniosek na dziś? Nie zmieniaj tego, co świetne. 

Żeby nie było wątpliwości - humor nadal mam świetny, moje pieniądze mają się dobrze i wszystko dookoła jest piękne i kolorowe. Sami zobaczcie, jak słodko mi dziś :)
kaaawaaa! 

omnomnom! 

Jak widać zdolności baristy drzemią we mnie :P Miało wyjść to: ;)

komu owocka?


PS Odbiło mi, co widać tu :

Mistrz fotoszopy po raz kolejny! :) 



By tę szarość dnia zdławić

Ranek, budzik wyrywa mnie ze snu. Ledwo przytomna idę do kuchni, wstawiam wodę na herbatę i znikam w łazience. Co mnie napadło? Po co mi to wszystko? Mogłabym jeszcze spać. Mogłam sobie jeszcze więcej wziąć na głowę! Jak wrócę wracam do łóżka! 

Niestety, nie śpię po powrocie. Jest jeszcze tyle do zrobienia. A w miejscu X nie załatwiłam sprawy Y. I chodziłam jak wariatka i się denerwowałam na brak organizacji. I na zepsutą drukarkę w punkcie ksero i jeszcze na odwołane praktyki i na miliony innych powodów. Same I. 

Cztery wdechy i wydechy, uśmiech na twarz i jedziemy z koksem. Pięknie świeci słońce. Ptaki wesoło ćwierkają. Kierowca autobusu się uśmiechnął. Ktoś zapytał o godzinę. Jakaś pani potrąciła mnie i przeprosiła (dożyłam tego momentu, gdy zamiast na mnie wrzeszczeć przepraszają i uśmiechają się w autobusie! o jejku!), ludzie mnie mijają i nie mają już na twarzach takiego zniechęcenia.  Powoli opuszcza mnie złość.

Rutyna, nadmiar obowiązków, nerwy, jeszcze więcej stresu i nerwów, plus dodatkowe obowiązki. Do tego dorzućmy przesilenie jesienne, kichających na nas ludzi i pretensje wszystkich wokół i nas samych. Do nas i do innych. Robi się tragicznie. A jeszcze tyle trzeba zrobić. Chcemy być perfekcyjni, robić wszystko na już, na wczoraj i z jak najlepszym skutkiem. Może warto czasem zwolnić? 

O, właśnie mi się przypomniały kasztanowe wygłupy sprzed  3 lat. Jest co wspominać :
OO kasztanki! 

Masz, podzielę się! 

Nie chcesz? No weeź, bo mi przykro...

To nie! Nauczę je latać!

Ha! Latają!
A takie nerwy... Po co wspominać? Przecież nie ma po co, nawet trochę wstyd, że człowiek reaguje jak furiat. Dlaczego tak rzadko się uśmiechamy? Dlaczego zapominamy o tym, by się czasem bawić? Odkryć w sobie dziecko? Chcę znów się cieszyć jak kiedyś...więc BĘDĘ! 
Tyle czasu minęło, czas znów uśmiechać się tak często jak wtedy! 

Trochę Tysi- o nauce języków obcych

Siedzę tu z Wami i piszę o różnych aspektach dnia codziennego. Jednym z nich są języki i pewnie z ich powodu jest Was tutaj tylu. Trochę prywaty zrobię i opiszę jak to u mnie wygląda od kuchni. 

źródło: flikr.com

Teoretycznie uczę się trzech języków obcych: hiszpańskiego, francuskiego i angielskiego.

Hiszpański to mój język kierunkowy na studiach (drugich z kolei, równolegle kończę magisterkę z superciekawej administracji, na której na koniec wszystkim ciutkę odbiło). Historia jego nauki jest u mnie kręta jak serpentyna i chyba udałoby się napisać o tym nawet książkę. W związku z tym, by nie przedłużyć tego posta do nieskończoności, opiszę to osobno jeśli ktoś będzie zainteresowany. 

Istotne jest jednak, że jakiś kontakt z językiem hiszpańskim miałam, coś tam umiałam. Zaczęłam jednak studiować z grupą "od zera", głównie z powodu wygody i obaw, że nie poradzę sobie ze wszystkim czasowo, fizycznie, intelektualnie, emocjonalnie (administracja zżera lwią część dobrego humoru). Propozycje przejścia do grupy zaawansowanej odrzucałam "mam dużo pracy na drugim kierunku", aż w końcu w tym roku zasiliłam szeregi tej ekipy. Grupa jest mniejsza niż w zeszłym roku, pytam non stop o wszystko, czego nie wiem/ nie rozumiem/ mam wątpliwości. Uzyskuję wskazówki i podpowiedzi - dzięki temu mogę trochę nadgonić materiał, którego moja poprzednia grupa jeszcze nawet nie miała w planach. Postanowienie poprawy mam ogromne i zamierzam w końcu naprawdę zacząć się uczyć (choć nadal kiepsko z motywacją, ale walczę i wygram!).
Powtórka z czasu przeszłego poniżej :)

Francuski - drugi język na studiach. W zeszłym roku prowadzony z naciskiem na komunikację, gramatyka okrojona do minimum, słówka, fonetyka etc. Wraz z przybyciem października Tysia wróciła do przeszłości, czyli ma z tym samym nauczycielem, z którym miała w liceum. A w liceum było tak : I klasa- mało nauki, dużo zabawy, głównie osłuchanie, wymagania przeciętne. II klasa - przychodzi wymagający nauczyciel, przy którym poziom francuskiego skacze do góry jak ciśnienie przed lekcją. Efekt? Tysia zda maturę z francuskiego! Przecież to pewne! Klasa maturalna - nauczyciela nie ma, robi doktorat, dostajemy innego. Matura? "To sobie zdawaj!" Nie ma to jak wsparcie, prowadzący zajęcia na początku nauki proponuje pomoc, Tysia jednak już utraciła skrzydła i upadła na beton - to by było na tyle w kwestii romansu z francuskim. Mamy październik i znów zaczynamy od początku maglować słówka i gramatykę, zupełnie, jakby tych 5 lat nie minęło ;)
Ostatnio na zajęciach wyłam do tej piosenki (i nadal wyję!):

Angielski - tu mnie macie! Leży. Leży i wyje, że chce do mnie. Oglądam seriale, filmy, czasem coś przeczytam, word of the day na mailu, które codziennie miałam przepisywać. Nie udaje mi się to. Dobrze, że mam zajęcia z dzieciakami to sobie coś tam powtarzam na poziomie podręczników :P Czasem się jakiś Erasmus trafi, czasem ktoś inny. Ogólnie aż tak źle nie jest, ale zawsze może być lepiej. I będzie. Chociaż tyle lat jestem w plecy. W liceum nadrobiłam (podobno materiał z pierwszego roku filologii angielskiej?!), lecz na moich cudownych studiach nie tylko cofnęłam się w rozwoju ale i nabrałam awersji do nauki języka. W ogóle to irytują mnie niektóre kobiety nauczające języków, lepiej mi się uczy z facetami :O

Jeszcze tylko muszę ogarnąć siebie przy tych skokach ciśnienia i zmianach pogody (pozdrawiam Cię, Migrenko najsłodsza! Uwielbiam z Tobą spać w dzień i wychodzić przez Ciebie z zajęć, gdy czuję, że mnie tam ciągniesz!), mój "kierunek wiodący" i dwa języki wspomniane wyżej. A motywacji jakoś mało, więc kawa, coś słodkiego i do roboty :)

Jak przeżyć półmaraton?

 Wrażenia Tysi z półmaratonu to tak naprawdę kilka słów kompletnej amatorki, która przebiegła-przeszła półmaraton (w co już jest w stanie uwierzyć, bo kilka mięśni się odezwało). Nie znajdziecie tu planu treningowego, bo cała akcja była w rzeczywistości spontanem. 

pakiecik :)

Chciałam zmotywować się do biegania, nie wiedziałam jak, więc zapłaciłam za udział w półmaratonie. I tak oto w moim kalendarzu pojawiła się data 20.10.2013 - jako data mojego zejścia (fizycznego czy energetycznego?) z tego świata. Tak wyglądało to w moich oczach, choć sporo było ludzi, którzy we mnie wierzyli. Najbardziej sceptyczna byłam jednak JA SAMA. 

Moje bariery w głowie pt. "nie uda mi się", "jestem beznadziejna", sprawiały, że biegałam bardzo mało. O wiele za mało by móc mówić o udziale w jakimkolwiek biegu! Podjęłam ryzyko "najwyżej będę szła albo się poturlam". Dzień przed stwierdziłam, że nawet, jeśli będzie to spacer, to lepiej brzmi "spaceruję na półmaratonie niż "idę na spacer do biedronki". I tak, gdy wszyscy biegli a Tysia zapomniała oddychać - szła i walczyła o dotlenienie :) 

Ci, którzy mówili, że o wiele szybciej biegnie się na takich biegach mieli rację. Nie wiedziałam o tym, w ogóle, wiele kwestii było dla mnie zagadką (jak np. trasa w kilku miejscach i końcówka w stylu "ale gdzie meta?!" "gdzie tu?" "tutaj?!") i trochę skopaliśmy połączenia logistyczne, ale nie było źle. I teraz hejt: mam głęboko w poważaniu, że szłam a starszy pan biegł przede mną. Skoro już ktoś ocenia to bym się przejęła gdybym trenowała jak nie wiem i ktoś bez kondycji by mnie wyprzedził, ale to ja byłam tą słabą jednostką, która ukończyła ten bieg! Teksty w tym stylu zatem w ogóle już na mnie nie działają (a działały i się przejmowałam), więc to kolejny powód, dla którego warto było! 

Ludzie na trasie byli mili :) A nawet było ich o wiele więcej niż złośliwych. Przybijali piątki, dopingowali, klaskali, nawet chcieli dawać cukierki. Dzieciaki swoimi uśmiechami dodawały powera, ale z prawdą wygrać nie mogłam - brak przygotowania robił swoje. Założyłam sobie, że po 3h i 30 minutach dobiegnę do mety. 

Mój pierwszy w życiu półmaraton :
21.097 km (trasa posiada atest PZLA): Miejsce:928, Kategoria(Miej):K-20(57), Czas: 02:42:44

Wbiegłam, poszłam, podbiegłam, dobiegłam, założono mi medal na szyję i się poryczałam. Logistyka nam siadła, więc zdjęcia z tego momentu (w tym roku) nie mam, ale się nadrobi :) Dziękuję wszystkim, którzy we mnie wierzyli i tym, którzy wątpili. W szczególności samej sobie, bo przekonałam się, że naprawdę mogę więcej niż kiedykolwiek sądziłam a czyjekolwiek osądy mogą sobie te osoby wsadzić w 4 litery, bo mimo, że tempem piechura to i tak wytrzymałam tyle emocji na jeden raz (np. fakt, że nie byłam ostatnia i to nie za mną jechała karetka, chociaż jeden ambulans chciał mnie zabić tak blisko mnie przejechał) :) 


śniadanie - podstawa i to nie podobno, bo gdyby nie śniadanie padłabym wcześniej :)
zrób zdjęcie i spadamy stąd! wracam do domu!
Się rozgrzewają
spać się chce 
Co mnie napadło? Co ja tu robię? nie dokulam się!  Gdybym wybrała inny bieg już by było po... i tak aż do końca...
Jeeeeee! Przeżyłam! :D
Tyle radości i można spakować graty i lecieć do domu :D 

Złota polska jesień

Zimno, ciemno, wieje! Jesień przyszła, humory niezbyt dopisują, spać się chce... Specjalnie dla zmęczonych i dla tych, których dopadła chandra czy inne ustrojstwo - kilka zdjęć złotej jesieni by Tysia :)


























Jak widać zdjęcia zrobione w trakcie biegania :) Po drodze, niedaleko mojego domu, minęłam piękne drzewo - miało czerwone liście i było prześliczne. Chciałam zrobić zdjęcie, ale stwierdziłam, że "zrobię później". Gdy po kilku dniach przypomniało mi się, że miałam cyknąć fotę drzewa już nie było. Zrobiło mi się smutno. Przecież prawie wszystko odkładam na później. Głównie przyjemności. Czy przykład z drzewem ma mi pokazać, bym zaczęła żyć tu i teraz? 

Domowe sposoby na przeziębienie

foto : iTysia
Wraz z pierwszymi powiewami chłodnego, jesiennego wiatru pojawiają się ofiary przeziębienia. Zazwyczaj sięgamy wówczas po jakiś cudowny specyfik z apteki i łudzimy się, że przywróci nas do formy. Zapominamy jednak o radach naszych babć, które już kilka pokoleń z powodzeniem stosowały domowe sposoby na przeziębienie.

            
            Naturalne sposoby zwalczania pierwszych oznak osłabienia organizmu są ekologiczne, bezpieczne i tanie. W przypadku kobiet w ciąży, dzieci i osób starszych to najlepsza i najpewniejsza droga do wyleczenia.
            Gdy czujemy, że "coś nas bierze" najlepszym rozwiązaniem jest pozostanie w domu i poddanie się domowej kuracji. Pęd życia jednak sprawia, że zwykle nie możemy sobie na to pozwolić. Co zrobić w sytuacji, gdy męczy nas katar, kaszel a drapanie w gardle uniemozliwia wykonywanie codziennych obowiązków? Wystarczy sięgnąć po babcine środki, które pomogą nam w walce z rozwijającą się infekcją.
            Pomogą nam w tym herbatki (lipowa, malinowa, żurawinowa, czy nawet zwykła z miodem i cytryną) oraz rozmaite domowe mikstury, które nie tylko pobudzają organizm do walki, lecz także pomagają obniżyć podwyższoną temperaturę ciała.
            Ból głowy to problem nie tylko osób przeziębionych. Garść migdałów sprawi, że pozbędziemy się uciążliwego bólu bez sięgania po medykamenty. Jest to możliwe dzięki zawartości dużej ilości magnezu, witaminy E, B, niacyny, wapnia, ryboflawiny i innych związków, które odpowiadają za zmniejszenie częstotliwości i intensywności bólu głowy, w szczególności wywołanego stresem czy migreną.
            Gorące mleko z dodatkiem miodu i czosnku to bardzo stary sposób na walkę z drobnoustrojami, które atakują nasz organizm. Wypite wieczorem sprawi, że w trakcie snu zwalczymy pierwsze oznaki przeziębienia. Czosnek jest bowiem naturalnym antybiotykiem, który  atakuje wirusy i bakterie pozostawiając nasz układ odpornościowy nietknięty.
            Miód w połączeniu z cytryną jest także świetnym środkiem na ból gardła i chrypkę. Wystarczy wycisnąć sok z połowy cytryny, dodać miodu i zamieszać. Po odstawieniu na 8 godzin wystarczy dodać gorącą wodę, zamieszać i wypić. 2-3 szklanki takiego napoju dziennie z pewnością postawią nas na nogi.
            Najczęstszym objawem przeziębienia jest uciążliwy katar. To właśnie on sprawia, że upodabniamy się do Rudolfa, zwanego czerwononosym reniferem. Ciągłe kichanie i pociąganie nosem nie tylko przeszkadza w codziennym życiu, lecz jest także nośnikiem choroby. Warto zatem pozbyć się go jak najszybciej, by ukrócić swoje męki i nie narażać na nie najbliższych. Domowym sposobem na katar są inhalacje- do miski z gorącą wodą dodajemy kilka kropel olejku (np. Mentolowego) lub robimy wywar z herbaty rumiankowej i pochylając się nad nim wdychamy opary  głęboko oddychając. Pamiętajmy, by mieć pod ręką chusteczki higieniczne i używać ich do oczyszczania nosa tylko raz. Zawsze po tej czynności myjmy ręce!
            Na kaszel pomoże syrop z cebuli. Jego wykonanie jest banalnie proste- siekamy lub kroimy cebulę i układamy ją warstwami w słoiczku, każdą z nich posypując obficie cukrem. Po kilku godzinach syrop jest gotowy do spożycia. Należy go spożyć w ciągu 2-3 dni.
            W przypadku przeziębienia pęcherza należy przede wszystkim unikać jego nadmiernego wychłodzenia. Nie wystarczy jednak ubierać się stosownie do pogody- trzeba również zapobiec rozwojowi infekcji pęcherza. Czy da się ją naturalnie wyleczyć? Oczywiście! Wystarczy sięgnąć po żurawinę. Zawarte w niej substancje nie tylko zahamują proces namnażania się bakterii, lecz również uniemożliwią im bytność w naszym układzie moczowym. Dzięki temu szybko pozbędziemy się przykrego problemu.

                        Zgodnie z maksymą "lepiej zapobiegać niż leczyć" warto wzmocnić odporność zanim będzie za późno. Babcine sposoby na wzmocnienie odporności organizmu mogą się bowiem okazać zbawienne- unikniemy dzięki nim leżenia w łóżku.

Być nauczycielem?

źródło: zsgplawno.pl

Chyba nie znam osoby, która nie miałaby nauczyciela, na którego narzekała. Zawsze też znajdzie się taki, którego wspominamy i żałujemy, że już nas nie uczy. Przecież tyle wiedzy nam przekazał! Był taki i taki - słowem nic tylko polecać innym.


Nawet jeśli była to piła, kosząca nas na matematyce i tak będziemy wspominać, że to dzięki niej pamiętamy tabliczkę mnożenia. I wstawcie tu sobie swojego nauczyciela, jego przedmiot i to, czego Was nauczył i będziecie wiedzieć o co mi chodzi. 

Dzisiaj zaczęłam się intensywniej zastanawiać czy chciałabym uczyć. Właściwie jedna część mnie wrzeszczy machając rączkami "taaaaaaaaaak, chcę! ja! ja! wybierz mnieee!" a druga patrzy na pierwszą i mruczy pod nosem "chyba cię powaliło..." i chociaż Dzień Edukacji Narodowej sprzyja nostalgii zastanawiam się nad realnymi szansami nauczania w szkole.

Co sprawia, że chcę? 
+ Wolne! Jestem leniwa, nie chce mi się nic robić :) Pensum i działania w tzw. czynie społecznym mnie nie przerażają - nie oszukujmy się, całe życie w wolontariacie wypacza mózg!
+ Jeszcze więcej wolnego :) To znaczy jako kobieta patrzę na to tak : dzieci będą miały wakacje i mama też, przecież to cudownie móc pobiegać latem z dzieciakami i ulepić pierniki przed świętami zamiast wpadać zmachana w wigilię do domu i znów siać ferment ze śliną w pysku zezłoszczona wszelkimi badziewiami, które się nazbierają przed świętami. A i sylwester wolny...
+Dzieciaki  i inne pokraki ;) Wcale nie uważam nikogo za pokrakę, ale mi się zrymowało... Uwielbiam móc przekazać komuś swoją wiedzę. To fascynujące jak druga osoba myśli, przetwarza informacje, wykorzystuje je, zapamiętuje reguły, słowa. I sposób w jaki je przywołuje a potem wykorzystuje w praktyce. Nie wspominając już o radości gdy zrozumie jakiś tekst albo nagle odkryje, że coś umie. I ta radość rozwijania się. Mogłabym tak pisać do jutra...
+Względna stabilność świadczeń w szkole publicznej. Tego chyba nie muszę rozwijać? 

Ciemne strony mocy 
- Już pisałam o dyscyplinie w klasie, ale jeszcze dochodzi samodyscyplina, że nie wspomnę o organizacji czasu. I papierologii. I kartkówkach i innych takich "i" :)
-Finanse i zapotrzebowanie. Niby na nauczycieli języka zawsze znajdą się chętni, ale chyba nie w tym kraju. Ale na to także mam argument - przecież jestem pokoleniem Unii Europejskiej, mobilnym, otwartym, odważnym etc. Wobec tego ten argument upadł.
-Rodzice i uczniowie - przekazywanie niektórych informacji rodzicom może być trudne. Biorąc pod uwagę, że z niektórymi uczniami może być ciężko tworzy się problem. A może to tylko wymówka?
-Chyba ciężko się będzie wybić, niby nie potrzebują nauczycieli i ich zwalniają, ale czy wspominałam już, że po to mam dwie nogi, by się przemieszczać ?


Sama nie wiem, chyba mam jeszcze czas. Studia i tak zamierzam skończyć i dokument uprawniający do nauczania odebrać. Ale tak szczerze, to od dziś zmieniam nastawienie - nie przejmuję się, jestem radosna (mimo bolących piszczeli po tych ponad 10km w nogach) i zobaczę co można z tym wszystkim zrobić :)