Pust(a)ki czerwcowo-lipcowe

Jak na wizaż.pl kobiety narzekają na zbyt dużą / małą ilość kosmetyków/ lakierów/ ubrań / niepotrzebne skreślić, potrzebne dopisać, tak ja powoli kończę zapasy kosmetyczne i robię kolejne.

To znaczy używam tych produktów, które otworzyłam a o których zapomniałam i kupuję jedynie te, które będę paciać. Czy będę? Się zobaczy :)

W okresie czerwiec - lipiec żywot swój zakończyły widoczne poniżej dobra kosmetyczne :


Szampon do włosów Timotei pure do włosów normalnych i tłustych. Zapach całkiem, działanie w miarę, ale jakoś nie przypadł mi do gustu - początkowo byłam nim zachwycona, potem miałam problem by go dokończyć. Taka moja słabostka grudniowa z przeceny w Auchan. W cenie regularnej bym go nie kupiła. 







Kolejny szamponowy koniec dorwał Timotei'a z różą z Jerycha. Kupiony razem z pure, jednak zadaniem tego szamponu było dawanie meeega objętości. Zapach bardzo ładny, wręcz orzeźwiający, objętości jakiejś zachwycającej nie zauważyłam, ale raczej nie mam problemu z oklapniętymi włosami. Zastanawiam się jednak, po którym z tych szamponów doznałam uczucia śniegu na głowie, który na szczęście szybko dał się usunąć. Pisząc inaczej- któryś z nich mnie w którymś momencie uczulił. Na szczęście te szampony odchodzą do historii :)


O cudaku arbuzowym z Avonu już Wam pisałam. Mam jeszcze kolejne arbuzowe nabytki do wykończenia a oglądam się za nowymi... Oto dowód, że skończyłam (dosłownie przed chwilą ostatnie kropelki wtarłam w łydki) ciapać arbuzowy balsam do ciała:



Oriflame to chyba najczęściej spotykana u mnie w domu marka. To nie tak, że jako konsultantka nie kupuję nic innego (przecież widać inne firmy, nawet rzekomo "konkurencyjny" Avon). Po prostu chcę wiedzieć co sprzedaję to raz, a dwa- dostawa pod same drzwi, cena niższa niż w katalogu, a przecież i tak zużywam żel pod przysznic czy inne kosmetyki. Dlaczego nie mam spróbować? Jakoś w okolicach świąt płyn do kąpieli był w dobrej cenie i tak oto dobujałam się z nim aż do lata, by w końcu po ciężkich dniach w pracy fizola zużyć ten nabytek. Bardzo ładny zapach i piękna piana spowodowały, że było mi go żal i rzadko używałam. W końcu jednak udało mi się wyczyścić pojemniczek ;)

 Skoro już jestem przy temacie nieużywania lubianych produktów, co jest u mnie normalne (o, tak ładnie pachnie, będzie na specjalne okazje) przedstawiam Wam mój "zimowy" żel pod prysznic- kremowa konsystencja wydawała mi się idealna na chłodne wieczory. Problem w tym, że mleczno-owocowe maleństwo tak mi odpowiadało, że po swojemu oszczędzałam aż do czerwca...


I już w klimaty nieco cieplejsze- żel pod prysznic discover China, czyli cherry orchard w łazience. Szybko się skończył, gdyż schowałam arbuzowo-aloesowy żel pod prysznic.Przecież tak ładnie pachnie, że musi zostać na dłużej! I używałam tego poniżej, którego zapach ujął mnie już kilka miesięcy temu i stał biedaczek w szafce. Poproszony o pomoc M. stwierdził, że w sumie, co mu tam i razem wykończyliśmy to cudo. Jest jednak jeszcze jedna butelka :) 


I to w sumie koniec, reszty kosmetyków stojących w łazience nie wypaćkałam do końca, chociaż się staram. Cały czas walczę z odkładaniem używania czegokolwiek "na potem" bo ładne, ślicznie pachnie, drogie, etc. Kiepsko mi idzie, ale próbuję. Ktoś jeszcze tak ma?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz