Jak NIE traktować kobiety w sklepie komputerowym?

Rozumiem, że ulegamy stereotypom. Tak, kobieta to biedna istotka, w dodatku zapewne głupiutka. Na sprzęcie też się nie zna, telefon dopasuje do torebki a laptopa pod kolor szminki. Tiaaa...


Zmuszeni sytuacją zrobiliśmy z M. rajd po sklepach komputerowych w poszukiwaniu laptopa. W jednym z nich etykietkę "najlepszy dla kobiety" przyklejono lapkowi o oczowalącej pomarańczowej obudowie. No, ok, jak kto woli. M. poszedł do sklepu obok a ja grzecznie pytam sprzedającego, czy JEST MOŻLIWOŚĆ ZAKUPIENIA LAPTOPÓW Z INNYM SYSTEMEM NIŻ WINDOWS 8.

Reakcja? "A do czego pani ten laptop?" Powoli się we mnie gotuje, nerw mi się włącza, no może na inny język przeszłam czy jak? Seplenię? Mówię niewyraźnie? Mam ochotę odpowiedzieć, że do oglądania pornoli (co go to obchodzi w ogóle? zadaję pytanie, to oczekuję odpowiedzi). Nadal próbuję grzecznie i tłumaczę, że pytam o możliwość zakupu laptopa, takiego jak ten, ten czy ten ale z windows 7. I znów odpowiedź dostaję jak z kosmosu: "może pani kupić bez i dokupić siódemkę". Oddycham głęboko i słodkim szczebiotem oznajmiam, że jakbym chciała bez systemu to wolę linuksa. Pan stwierdza, że ubuntu jest spoko (tylko ubuntu zna?) i pokazuje mi jakieś shity w necie. Na ich stronie też mogę sprawdzić, więc mówię mu, że sprawdzę sama, ale ten upiera się, by wydrukować mi specyfikację jednego modelu (droższego w wersji z windows 7 niż ten na sklepie z 8.). Uff, wydrukował, wychodzę, nerwy wyładowuję słownie.

Skoro pytam o możliwość kupienia sprzętu BEZ systemu to znaczy, że nie chcę go mieć. Jeśli pytam o konkretny, to znaczy, że interesuje mnie konkretny. Dokładnie to samo przeżywałam przy kościach RAM, grafice i innych "męskich" elementach technicznych dziadostw. Kobieta = naiwne zwierzątko, któremu trzeba wcisnąć kit, pokierować i w ogóle! No ok, nie studiuję na polibudzie, nie jestem informatykiem, ale do choinki, wiem co chcę kupić!


A z przyjemniejszych części dnia - obiad i deser wyszły świetnie :) Zresztą, pokuszę Was zdjęciami "naleśników wytrawnych" i drożdżówki ze śliwkami bez kruszonki, czyli "śliwkami pod pierzynką cukru pudru"  :)





Motywacja do nauki języka obcego

Pranie, sprzątanie, gotowanie, uczelnia? A może dzieci do tego? I kiedy znaleźć czas dla siebie? Zmotywować się do samorozwoju? Nie chce się... 


Dlaczego się nie chce? Chyba za słabo się motywujemy. Ba, nawet na pewno (przecież od poniedziałku przekładam dzień treningu). Co robię nie tak? Myślę już kolejny dzień i odkrywam coś niepokojącego - motywują mnie moi uczniowie. Po wczorajszych zajęciach stwierdziłam, że chcę się uczyć więcej, by móc przekazać więcej wiedzy. Podobno każda motywacja jest dobra, byle przynosiła oczekiwane efekty.

Tak naprawdę nie wiem jak się zmotywować. Są momenty, w których coś po prostu robię. Tak jak z zasadą dwóch minut- odkładam rzeczy na miejsce, robię coś od ręki i jest ok. Ale są momenty, w których mam ochotę przeleżeć cały dzień. Odnoszę wrażenie, że im więcej do zrobienia tym lepiej to wychodzi (mimo stresu, szybkiego tempa i ogólnego zmęczenia). Powoli wbijam się w rytm działania, zapisuję zadania na nadchodzące dni - powoli znów robi się ich mnóstwo (kolorowe karteczki z poprzedniego posta umilają mi planowanie). A mi się gęba cieszy, że tyle mam do zrobienia. To chyba masochizm. Może jak inni będę wpisywać tu sposoby na motywowanie moich czterech, rozleniwionych ostatnio, liter?

Każdy z nas jest inny, motywuje nas co innego i zastanawiam się zawsze w jaki sposób zainteresować "moich" ? Co ich ucieszy, zainteresuje, sprawi, że będą chcieli więcej, częściej i szybciej przyswajać wiedzę?
Na pomoc przybyła konferencja, której tematem będzie właśnie motywacja w edukacji językowej. Wybieram się (chyba, że odpiszą coś w stylu "niestety, nie ma miejsc"albo "studentów nie chcemy") i coraz częściej myślę o karierze nauczyciela. Nie wiem w jaki sposób to odbierać, ale to chyba przerażające.

Co do wczorajszych zajęć - organizacyjna strona ogarnięta, jedziemy z koksem :) Jeszcze mi nie podziękowali za współpracę, umówiliśmy się na kolejne zajęcia, więc jest szansa ;)

z:  paperblog.com 



Poniedziałkowe zmiany i kobiece pocieszacze

Dzieje się, oj dzieje. Na razie nie chcę zapeszać, więc milczę. Powoli pozbywam się chomikowanych dziwactw. Mozolnie, po kolei, ale jakoś idzie. Dziś dość pracowicie w kuchni, pizza na obiad i tarta na deser, także ambicja aż tak nie płacze. No i to posprzątane biurko <3


Poza tym postanowiłam zastosować się do zasady 2 minut i to, co mogę zrobić od razu i za dużo czasu nie zajmie staram się robić. Na razie jakoś poszło, zobaczymy jak się sytuacja rozwinie. Póki co mam motywację, bo te dwie minuty i mniej to chwilka a porządek jakiś się robi i mniej spraw głowę zaprząta, jakoś tak łatwiejsze się wszystko staje?

Ogarnianie życia należy ponoć zacząć od porządku wokół siebie. Pierwszy ogień pochłonął masę "przyda mi się"- nie, nie przydało się => śmietnik.

Zorganizowałam sobie podręczny zestaw przedszkolaka, chociaż jest podzielony na dwie części. Tutaj część zatytułowana "kolorowe fiszki i inne karteluszki":


Już panuje lekki półmrok w pokoju, ale mam nadzieję, że coś widać. Poniżej moje dzisiejsze nabytki z Biedronki - każde opakowanie 1,99 -nic, tylko brać, czyli pójdźmy wszyscy do Biedronki :) Kusiły mnie jeszcze naklejki pocieszacze, ale czy naprawdę potrzebuję tyle tych gówienek? Mam sobie naklejać serduszka i lody by się dowartościować, zmotywować? Po dłuższym zastanowieniu nie kupiłam naklejek ;)



Po niefortunnej "rozmowie kwalifikacyjnej" (jak mi coś nie pasuje to nie podejmuję się zadania, proste), zachowałam się jak kobieta i poszłam pocieszyć serduszko, a raczej paznokietki. I wyszłam z zestawem minilakierów na nadchodzący sezon "walka z czasem 2013/2014" :)



 Zbyt wiele nie widać, ale pewnie wrzucę moje połamane paznokcie maźnięte nowymi kolorami ;)


A jutro... jutro zaczynam swoje pierwsze korepetycje z dorosłymi, w dodatku pierwsze z hiszpańskiego... Powoli zaczynam odczuwać niepokój ;)

O projekcie językowym -podsumowanie

5 dni na Mazurach. Ponad 20 godzin hiszpańsko-angielsko-matematycznego projektu. Rozszalała wyobraźnia, poparzony palec i mnóstwo śmiechu...


Tak w telegraficznym skrócie przedstawia się nasz projekt zrealizowany w ramach wolontariatu studenckiego PROJEKTOR. Póki mogę - działam, ale powoli zacznę się wycofywać z pracy za frajer. I mimo że obiecywałam sobie koniec pracy bez wynagrodzenia znów wróciłam do projektu z dzieciakami. Uczenie to chyba jest "TO".

Na projekt pojechałam z dziewczyną, której praktycznie nie znałam. Studiuje matematykę (o matko, umysł ścisły!) i uważa (podobnie jak koordynator szkoły, w której byłyśmy), że nie pasuję na studentkę administracji (serio? Trochę za późno, już prawie skończyłam magisterkę...). Jak mogę nie pasować do wizerunku administratywistki? Jakim cudem "pasuję do języków"? W dokumentach porządek jest, dobra energia jest, takich urzędników nam potrzeba! ;)

Wracając do naszych owiec. Przedział wiekowy jak zwykle zróżnicowany, dzieciaki się zainteresowały językami, cieszyły z szyfrowania (matematyka może być ciekawa) i chyba im się podobało. Wyciągnęłam kolejne wnioski, mam nowe pomysły i energię do działania.

 Poznałam świetnych ludzi, pogoda niezbyt dopisała, ale odbijało nam równo i było wesoło. Bez przygód się nie obeszło - zwiedziłyśmy Ostródę, wymieniłam stare buty na nowe (wcale nie chciałam, ale padło magiczne "pasowałyby ci do torebki"), stworzyłyśmy fotorelację z podróży chorego paluszka i wróciłyśmy do szkoły, w której według naszej fantazji straszy. W drodze powrotnej pociąg miał "problemy techniczne" i tak oto wróciłam przed komputer by pokazać Wam zdjęcia z naszych przygód, lecz przede wszystkim swój uśpiony talent artystyczny :)





























PS Pająki zainspirowane grubym cwanym pająkasem zza okna :) Palec już żyje, dopiero minęły dwa dni a prawie śladu nie ma po tym ślicznym bąbelki znad jeziora. Te ogromne pająki malowała L., a te śliczne stojące autka to jakiś zlot czy coś :)

O ładowaniu akumulatorów

Wróciłam. To znaczy do niedzieli, ponieważ w niedzielę ruszamy na Mazury uczyć. Już nie mogę się doczekać. Załapaliśmy trochę słońca, było pięknie i cudownie. W dodatku mamy ponad 20 kilometrów w nogach, aż radośnie się robi.

Moje miasto pożegnało i powitało mnie deszczem. Teraz wiatr kołysze moimi delfinkami (ach, pierwsza wypłata nieletniego ulotkarza!) a ja ogarniam moją przestrzeń w Internecie. Może nie ma tu takiego ruchu jak na autostradzie, ale jednak - zaglądacie do mnie. To cieszy, jednak muszę się teraz wyspowiadać z grzechów:

- nie tknęłam języków, bieganie wymieniłam na dłuuuugi spacer (ponad 20km) + dreptanie codzienne
- jadłaaaam (choć powoli uczę się mówić "nie, dziękuję, nie chcę mojego ulubionego ciasta").

Ale! Paznokcie co wieczór dostawały swoją dawkę olejku do masażu. Odrastają, ale nadal są podwójne. Wniosek? Trzeba  spiłować i uzbroić się w cierpliwość. W końcu pokażę Wam efekty i może którejś się przyda rada pt. " co zrobić z paskudnymi paznokciami po pracy fizycznej?"

Dziś i jutro popiekę trochę, w planach kolejna drożdżówka + tarta z malinami. Na drożdżówkę już przepis wisi na moim żarłokowym blogu, na tartę pewnie się pojawi. I szczerze- jak nikt nie wierzył, że jestem w stanie zrobić coś więcej niż tygryska czy inne proste ciasto, tak teraz wszyscy się dziwią, jak dobrze mi idzie ( a ja to już w ogóle).

Aaaa miałam się pochwalić moim nabytkiem :) Skoro francuski jest tak pożądany na rynku pracy a ja ponoć mam "łeb do języków", to w sumie wydałam całe 5 złotych i mam ćwiczenia do gramatyki. Jeszcze poszukam innych materiałów i oprócz obowiązkowej nauki do kolokwiów pouczę się dla samej siebie. Jak nie w tym roku akademickim to po obronie.


 Magisterki w końcu nadal nie tknęłam, bo wciąż coś się dzieje, mimo, iż nie planowałam.  I chyba po raz pierwszy mnie to cieszy - nie potrzebuję kalendarza (choć wydrukowałam na ten miesiąc) i naprawdę dorwałam sporą dawkę energii!

A oto mój mały kawałek nieba ( i nie tylko). Jak widać lampiony latają w najlepsze. Nasz w Noc Kupały nie poleciał, lecz wpadł do rzeki. Głupio mi było, w końcu szkodzę środowisku ( a może nie?), jednak miałam świadomość, że zorganizowana impreza tego typu = sprzątanie po niej. A co z tymi lampionami wypuszczonymi nad Bałtykiem? Dokąd lecą? Czy ktoś to sprząta?






Oooo... jednak nie + Hiszpania na pocieszenie

Pisałam ostatnio o mnożących się propozycjach. Głównie chodziło o nowe placówki chętne przyjąć studentów na projekt wakacyjny. Pozwalniały się miejsca nad morzem, w górach, na Mazurach i wstawcie sobie dowolne miejsce w Polsce- właśnie tam zrobiły się pustki. Nasz projekt zacznie się 19 sierpnia i już mam lekkiego stresa ;) Rozpisałam projekt na 5 dni, powplatałam co ciekawsze zagadnienia i wysłałam do koordynatora.

Posprzątałam dookoła siebie i jest mi lepiej, zwłaszcza, że znów drożdżówka rośnie w piekarniku. Kolejna drożdżowo-wiśniowa rozkosz dla podniebienia (w końcu u mnie punkt G znajduje się w ... Gębie!)


Językowo : seriale, filmy, audiobooki, nie jest źle, ale nadal nie mogę się zmobilizować. Planuję i ciągle coś innego wpada. A właśnie, miałam napisać o autostopie, na który bardzo chciałam jechać. W tym roku trasa to Wrocław-Barcelona. M. jechać nie może, znajomi też. Nie pisałam, by nie zapeszyć. I dobrze, wszak - nie jadę. Rozpacz rozrywa serce - pierwszy autostop, Hiszpania, arbuzy, truskawki zżerane na plaży, La Rambla po raz kolejny, książki tańsze niż w moim znienawidzonym (już) kraju...

No nic, pooglądam sobie hiszpańskie pejzaże na zdjęciach. Dam i Wam pocieszyć oczy :)









Tysia-uczycielka część druga

Pisałam Wam ostatnio o PROJEKTOR- wolontariat studencki. Nie chciało mi się nań jechać. Za free mam robić? Nieee. Ale jednak - skoro mam mieć praktyki to lepiej, bym poobcowała z dziećmi. A zatem ruszam na językowe warsztaty z dzieciarnią. Już w przyszły poniedziałek będę zmagać się z rozkosznymi dziewuszkami i chłopaczkami :D



W ogóle ostatnio jakoś sporo się dzieje, propozycje mnożą się jak króliki. A ja? Za długo planowałam, odkładałam, martwiłam się. Teraz po prostu biorę. Nawet, jeśli mam jechać sama. Takie doświadczenia mnie budują, muszę mieć co wspominać a nie tylko działać zachowawczo. Basta!


Teraz tylko rozpisać projekt, zamówić materiały i spakować coś na komary :)

Mam niebywałe szczęście, że M.  nie należy do zaborczych idiotów "nie pójdziesz na imprę beze mnie", "nie jedź", "nie i koniec". Wspiera jak może, motywuje. Po moim dole chyba zostanie górka :)

Hiszpański - przesłuchany audiobook + jestem w trakcie oglądania serialu .

Angielski - obejrzymy film :)

Reszta moich założeń- czeka, nie ucieknie. Koniec z męczeniem samej siebie. Kocham swoje ciało, umysł i w ogóle zmieniam myślenie. Jakby mi znów przyszło narzekać - posmyrajcie mnie pokrzywami :D Takie przyjemne gilgotki- łaskotki....




Tak w ogóle kupiłam dzisiaj olejek do masażu Alterra papaya i migdał i będę nim nawilżać paznokcie, coby były piękne, długie, silne i godne podziwu (kiedyś były ładne, chociaż mam krótką płytkę paznokciową). Swoje spiłowałam do minimum. Jestem biedniejsza o całe 17,99 zł. Oby się opłaciło. Nabytek wygląda tak (niestety moje resztki paznokci też się załapały- dzięki, wtryskarki):