Pociągowe przygody i sztuka wyboru

Nie było mnie. Odpoczywałam na południu. Jak to mówią w rodzinie M. ich miejscówka jest idealna na emeryturę. Zatem i ja się na nią udałam.

Jeśli chodzi o sztukę wyboru...
Miałam wybór- praktyki płatne z daleka od domu, płatne kiepsko (wystarczyłoby na pokój i jedzenie) + praca po godzinach w razie potrzeby lub praca fizyczna za rogiem. Wybrałam to drugie. Wygrała kasa. Ogólnie to można o tym napisać więcej, ale już nie jestem aż tak anonimowa, więc nie zamierzam. Przynajmniej na razie.


Francuski - przestudiowałam książkę z liceum.
Hiszpański - jeden dział.
Angielski- pogadałam o serialu na rozmowie w sprawie praktyk - liczy się?


Pociągowe przygody
Jeżdżę pociągami dość często. To znaczy kiedyś jeździłam więcej, ale nadal zniżki zachęcają, by wsiąść do pociągu (byle nie do byle jakiego!). Uzbierało się sporo historii pociągowych, chyba uda się z nich stworzyć cykl na bloga. Dobra, koniec pisania o niczym, teraz o mojej zdobyczy pociągowej- KSIĄŻCE. 

Zapomniałam zabrać ze sobą "coś do czytania". Jechaliśmy w nocy, niestety, nie było miejscówek. Były za to wkurzające dzieciaki chodzące non stop w tę i we w tę bez wyraźnego powodu. Na szczęście wagon stary, więc i siedzonka na korytarzu były, pewnie je kojarzycie: 


Ten akurat był M. Ale po otwarciu zobaczył coś takiego: 


Z bliska wyglądało to na książkę... Ktoś zapomniał czy zostawił celowo? M przypomniał, że i ja zostawiłam dwa lata temu książkę w autobusie w ramach jej uwolnienia (nie pamiętam skąd ją miałam, pewnie też znalazłam gdzieś).

 Dodatkowo, jak widać, książka owinięta była w papier i odniosłam wrażenie, że może być z biblioteki, a czytelnik po prostu o niej zapomniał.
Druków, liczb, bazgrołów, pieczątek- brak.

W perspektywie kolejnych 5 godzin (a może i więcej) podróży z kretynami łażącymi po korytarzu. Zmęczona i wściekła wzięłam książkę i zaczęłam ją czytać.
Jak widać harlequin, w dodatku z  1993 roku, tytuł nie bardzo. To teraz ode mnie: treść kiepska, tłumaczenie fatalne, kapryfolium jako słowo-klucz. Pochłonęłam książkę szybciej niż kanapkę i cieszyła mi się japa, że mimo braku gazety choć na moment zapomniałam o wkurzających gówniarzach. 
Być może znajdziecie gdzieś tę książkę- zostawiłam ją dokładnie tam, skąd wzięłam. A może ktoś z Was ją zostawił ? Co myślicie o zostawianiu książek? 







Let's play!

Jeszcze jeden weekend pracy fizycznej na produkcji przede mną a już mi się nie chce (śmieją się ze mnie, że nie jestem dobrym fizolem bo zawsze mnie wszystko boli). Dzwonili już do mnie, by zwerbować pracownika  do firmy, w której kiedyś przeżyłyśmy z trudem 3 tygodnie. Masakryczne podejście do ludzi, łagr jakiś.


Z przyjemniejszych elementów życia M stwierdził, że nie daję się poznać potencjalnym zleceniodawcom i  wpadł na pomysł jak mi pomóc - chce, bym zaistniała w sieci ( z tego miejsca życzę Mu powodzenia!). Moim zdaniem nie ma tu nic ciekawego, ale niech próbuje. A nóż, widelec, łyżka albo nawet kieliszek?

Póki co po raz kolejny próbuję copywritingu (tym razem za pieniądze) i już tracę cierpliwość do algorytmu.

W kwestiach kuchennych :
dwa torty robione przeze mnie zdążyły już zostać strawione - zdjęcia i instrukcja jak je zrobić już niedługo dostępne na moim blogu o jedzeniu. Najpierw jednak muszę powrzucać poprzednie. Zrobiła się już spora kolejka a wbrew pozorom dość sporo się ostatnio w kuchni działo :) Ogólnie jubilatowi smakowało, goście zachwyceni - żyć, nie umierać i dalej piec!

A teraz: moja chwila prawdy - zestawienie mojego lenistwa, czyli co zrobiłam przez ostatni tydzień (a miało być tak duuuużo i cudownie):

*hiszpański- przesłuchane 3 audiobooki + kilka podcastów

*francuski - film z napisami polskimi się liczy?

*angielski - oglądamy co nieco bez napisów, bo mnie błędy drażnią

*bieganie - do końca tygodnia mamy czas na podjęcie wyzwania z kolegą - ciekawe co z tego wyjdzie...


O pracy wszelakiej mogłabym znów napisać pracę dyplomową. Szkoda, że nie mogę zmienić tematu magisterki na jakiś bardziej społeczny. Postanowiłam jednak, że jeśli nie znajdę płatnego zajęcia wybiorę się do biblioteki i zacznę pisać magisterkę. Dzięki temu w roku akademickim będzie mniej do roboty. Uczelniane biblioteki w te wakacje są zamknięte dla miłośników wiedzy, ale miejska daje radę. Poza tym lepiej zacząć coś robić niż wiecznie wysyłać CV.

Tak w temacie - znów chcieli mnie do jakiegoś FM czy innego Leader Teamu zwerbować. No chyba nie ;)
Wśród "ofert" znalazły się także układy seksualne, "asystentka szefa z profitami", seks z perwerą pt. "czym się chłoszcze czarownice? czy bili cię w dzieciństwie?". Normalniejsze dotyczyły przedstawicielstwa handlowego, ubezpieczeń i kredytów.

O BEZPŁATNYCH stażach i praktykach nie wspominam- szkoda, że zawsze znajdzie się ktoś pracujący za free i psuje rynek. Komu niby się nie ma opłacać przyjmowanie co miesiąc łosia do pracy? Zrobi co trzeba, kasę się zaoszczędzi a reszta? Kogo interesuje reszta? Po tylu latach wolontariatu powiedziałam BASTA i nie pracuję już za darmo. Szkoda tylko, że motywacja do wszystkiego mi spadła. Strasznie mnie zniechęca zaistniała sytuacja.

W sumie nie dziwię się pracodawcom, że nie chcą mnie na chwilę przyjąć - też wolałabym mieć kogoś mniej wykształconego (na pewno by się nie upomniał o swoje), bez zobowiązań a nie na 2-3 miesiące i pa. Chyba faktycznie usunę studia, dopiszę liceum, albo nawet zostawię tylko podstawówkę- może coś znajdę ;)

Ze studiów nie zrezygnuję nawet na rzecz roboty w Wa-wie. Skoro chcieliby mnie teraz to z dwoma dodatkowymi językami oprócz angielskiego powinno być mi łatwiej. A jak nie - wymyślę coś innego. Łatwiej mi idzie tworzenie alternatyw gdy nie muszę brać pod uwagę ostatniego roku studiów, praktyk nauczycielskich na drugim roku i innych dziwactw.

Może jednak PROJEKTOR w tym roku?



Zaśmiecone miasto

Miałam pisać o tym, co związane z językami. Planowałam cały cykl związany z zapamiętywaniem, aktywacją i tak dalej. I tak zrobię, ale cykl będą przeplatały inne posty. Za dużo się dzieje, muszę skomentować a w końcu TU jest moje miejsce na operowanie słowami.


Piątek. Bujam się przez całe miasto. Uwielbiam komunikację miejską. Przesiadki, czekanie na mój ukochany środek transportu. Coś mnie tym razem uderzyło, ale nie wiedziałam co. Jeden przystanek, drugi... piąty... co jest?! Dziewiąty. Śmieci! Nie pasuje mi obraz za oknem. Dlaczego? Na każdym przystanku leży co najmniej jeden czarny worek ze śmieciami. Ogromny worek, nie takie tradycyjne 60 litrowe maleństwo! Liczę - dwa worki, jeden wór, zapchany jeden śmietnik, drugi, trzeci. Matko! Co się dzieje? Syf nieziemski. Ok, jeden worek rozumiem- jakiś ciołek nie chciał płacić za wywóz. Ale tyle? Zdjęcia nie zrobiłam. O sprawie zapomniałam.

Wtorek. Ta sama trasa, te same widoki. Żalę się znajomemu. Odpowiedź? Nie zauważyłaś wcześniej, bo to od co najmniej dwóch tygodni tak jest. Pewnie myślałaś, że ktoś wyrzucił a to sprawa miasta. Wybrali najtańszą firmę i przyjeżdżają o wiele rzadziej niż poprzednicy! 

No chyba żart? Nie dość, że mam chwilowy kryzys patriotyzmu (nie tylko lokalnego), to jeszcze syf na przystankach sprawia, że wzbiera we mnie chęć mordu. Smród nieziemski, w końcu mamy lato. O wyrzuceniu czegokolwiek do tych ślicznych minipojemniczków nie ma mowy. Wykałaczki bym nie zmieściła a co dopiero chusteczkę! Wściekam się. Przecież podróżni widzą ten bałagan, co to ma być?!

Środa - powoli wory znikają. I tak dałam upust swojej złości na miejskim facebooku. Już mi lepiej.


Swoją drogą ustawa śmieciowa i zachowanie władz burzy każdego- wszyscy mają coś do powiedzenia na ten temat. A ja zastanawiam się po co uczono nas segregacji odpadów, skoro niewiele osób się stosuje do tych zasad. Nie wspominając już o tym, że bajzel dookoła nas jest w jakiś sposób wpisany w naszą mentalność- w końcu wszystkich = niczyje, prawda?