Balsamowy zawrót głowy

Dzisiaj mam ochotę spróbować czegoś innego. Napiszę o czymś innym, o czymś, o czym jeszcze nie pisałam- wybór padł na kosmetyki. Na pierwszy ogień idą balsamy, które napoczęłam, a z których skończeniem mam mały problem- nie jestem zbyt systematyczna w używaniu ich.


Mój absolutny numer jeden : 

+pachnie naprawdę przyjemnie, 
+cena nie jest wygórowana (chociaż lepiej kupować, gdy jest promocja w katalogu), 
+skóra jest nawilżona i milusia w dotyku. 

Pokochałam go jak wycofano mój balsam z zieloną herbatą i w katalogu pojawił się ten - wystarczył pierwszy kontakt z tym mleczkiem bym straciła dla niego głowę.



Moja arbuzowa mania sprawiła, że weszłam w posiadanie zestawu - balsam + mgiełka do ciała z Avonu. Od ponad roku nie jestem w stanie ich skończyć, bo co chwilę mam coś nowego, co mnie zainteresuje. Dziwnym trafem inne balsamy otworzyłam i skończyłam, a ten stoi i czeka, chyba na oklaski, bo jeszcze zostało go sporo. 

+zapach! <3 arbuzy! (z wyjątkiem mgiełki, o jej minusie niżej)
+cena - niska i tyle
-balsam - kiepsko nawilża
-mgiełka - czuję praktycznie sam alkohol 


Real foto, czyli ile jeszcze muszę ich wypaćkać :)
1. Mleczko z Oriflame jest w białej butelce i niestety nie widać, więc nie wrzucam zdjęcia - zostało go trochę i mam kolejne w szafie, więc niedługo je otworzę :) 
2. Balsam arbuzowy.


3. Mgiełka arbuzowa.  Prawie nietknięta, jakoś nie mogę przebrnąć przez te opary alkoholu. Szkoda. 


Patrząc na półki w łazience stwierdzam, że mam sporo kosmetyków i dzięki temu mam kolejne pomysły na posty - może jak tutaj napiszę co i jak to następnym razem nie kupię tylu kosmetyków albo kupię inne, tylko sprawdzone? 

Podobno co na blogu to musi być spełnione, także ... Vamos a ver :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz