Praca vs wakacje

Stało się- nadal nie znalazłam płatnego zajęcia na wakacje. Propozycje, jeśli były, dotyczyły etatu w stolicy. Gdybym studiowała tylko administrację- skusiłabym się. Jednak został jeszcze hiszpański, który naprawdę wydaje mi się być językiem dla mnie. To taki paszport Polsatu - dzięki niemu będę mogła uczyć i czuję, że tego chcę. Przynajmniej na razie.

Jednak z drugiej strony ciągnie mnie do mediów. Trochę za mało zdziałałam na tym polu, prawie nic, dlatego czuję taki "pociąg do pisania". Praktyki SEO copywriting już zakończone, szukałam kolejnych, ale płatnych w tym mieście brak. Ba! Nawet inne miasta coś niechętne są  w kwestii płacenia praktykantom. I co z tego, że mogłabym zdalnie? Za darmo? Znów nauczę się tyle, co wyczytam.

Czy już wspominałam, że właśnie dlatego powstał ten blog? Z potrzeby pisania i rozwijania umiejętności operowania słowem. Już zaczynałam się podłamywać, jednak słońce przedziera się przez rolety i zachęca mnie do działania. Trudno, kasy z tego nie będzie, ale odpocznę na swój sposób. Pouczę się trochę, pochłonę jakieś książki, może pokuszę się o kolejne obcojęzyczne wydania?
Tak sobie myślę, że ominie mnie siwizna ze stresu - mam zamiar skutecznie go zwalczyć :)



Każdy plan potrzebuje wyrzeczeń, by został

zrealizowany.


Endomondo i bieganie - pomaga czy szkodzi?

Endomondo, wersja bezpłatna - alternatywa dla nike+, do którego sensora nie posiadam.

Pomijając, że przedostatni bieg odbyłam z włączonym endomondo, ale z wyłączoną lokalizacją  (brawa dla mnie)- nie znam odległości ani czasu.

Ostatni bieg odbył się poprawnie - w końcu uczę się na błędach. Endo odpalone, muzyka w słuchawkach, lokalizacja włączona, przesył danych też- gra i buczy. Biegnę. Kilometr, 2, 3, powinien już być 4 - telefon pokazuje 3 z hakiem i ani drgnie. Biegnę dalej, już powinno być 5. Odświeżam, nic. Na moje już leci 7 - trasę wydłużam, biegnę drugą stroną wody, endo nieżywe.
 Biegnę dalej. Już z 9 pewnie, biegnę dalej.Wściekam się. Po kiego grzyba biegnę z tym ciężkim czymś na łapie (w końcu pokrowiec gdzieś trzeba ulokować), skoro znów nie działa? I jeszcze się zawiesiło, dziadostwo. Przecież nie chcę wersji PRO.

Zmęczona padam na fotel, szczęście! Mózg zalany endorfinami, skronie pulsują, ponad godzina w niedzielnym już prawie-nie-skwarze (w końcu wieczór). Ile to będzie kilometrów? Sprawdzam w endo- pokazuje mi poprawny czas ale nieprawdziwą ilość kilometrów. Szkoda.

Google mówi, że przebiegłam między 9 a 10 km. Jest dobrze! 3 godziny na półmaraton. Dam radę. Choćbym miała się doczołgać!

Jaki jest sens biegać z tymi przyrządami? Znacie jakiś mniej zawodny? Ale taki, który nie potrzebuje dziwnych bajerów :)

Jak już się uda dotrzeć do mety w październiku stworzę swój własny obrazek z Tysią w roli głównej (zamiast pobierać z neta) :)



Migrena - złośliwa menda znów atakuje

Miał być piękny dzień.Ustalony co do minuty, tak jak lubię, z kalendarzem w prawej i zegarkiem na lewej ręce. I co? I pstro.Odwiedziła mnie migrena. Coś czuję, że lało całą noc, ale nie jestem w stanie stwierdzić. Dopijam kawę i powoli wracam do świata żywych

Migrena kojarzy się większości z bólem głowy i chorobą księżniczek.Tak, mam błękitną krew i cierpię na przypadłość zwaną migreną z aurą. Moje aury są nad wyraz bolesne - ślepnę, tracę czucie, masakra. Podejrzewali najróżniejsze choroby, których nawet nie napiszę. Bałam się jak nie wiem. Po 10 latach dziwnych objawów, które wszyscy bagatelizowali ( jesteś dzieckiem, dojrzewasz, marudzisz, udajesz, denerwujesz się etc.) trafiłam do szpitala. Badania takie, siakie i owakie - mózg i kręgosłup obejrzany dokładnie. Guza brak, chorób strasznych brak, w kręgosłupie odcinek szyjny lekko nie taki, ale to jednak nie to. Wchodzi młoda lekarka i oznajmia mi, co ze mną : "Gratuluję, ma pani błękitną krew, to tylko migrena!"  No jasny gwint, że co, że bania mnie naparza to jakaś migrena?! Trzeci rok żyję z tą wredną przypadłością ale dziś już przegięła. Leżałam aż do 12 w łóżku aż ketonal zacznie działać. Ze szkoleń nici, przeżyję, chociaż mi głupio - nie byłam nawet w stanie nikogo powiadomić. M. masował mi stopy, mięśnie kręgosłupa - dobry patent, uspokaja, ale niestety na zwalczenie bólu znów było za późno. Zawsze mam nadzieję, że obejdzie się bez leków.

A powiedz komuś, że masz migrenę - większość wyśmieje lub zbagatelizuje. A że wymiotujesz, nie widzisz, zwijasz się z bólu i ciało odmawia posłuszeństwa? Eeee tam! Symulujesz. Gdybym wcześniej wiedziała... Teraz im więcej wiem o mojej chorobie jestem bardziej świadoma, to oczywiste, ale zauważam też symptomy, które już wcześniej się pokazały i były ignorowane. Obawiam się tylko, że moje rodzeństwo może mieć podobny problem więc muszę obserwować, rozmawiać z nimi i uświadamiać. Oby było więcej lekarzy takich jak moja obecna a nie takich, przez których ręce przeszłam jako "symulantka".
Moja radosna twórczość na dziś :

Dziękuję mojej błękitnej krwi za to, że dziś z bólu nie zwlekłam się z łóżka. I niebieskim tabletkom za blokowanie choroby księżniczek. Kocham Cię, Migreno za rozwalenie mi dzisiejszego tak cudownie zapowiadającego się dnia. Myślę, że już możesz mnie zostawić w spokoju. A nie, sorry, zapomniałam - będziesz moją jedyną przyjaciółką do końca życia. Niby lepsze to niż inne syfy...


Jest nas tutaj więcej? Ktoś jeszcze dzisiaj cierpi? Może macie inne metody niż ketonal i kawa?

Sesje, sesje i po sesjach!

widmo minionych egzaminów
Przerażenie, które ogarniało mnie na myśl o egzaminie z historii, cywilizacji czy postępowaniu sąd.-adm. przeszły do historii. Cieszy mnie, że mam taki zmysł "strzelania" (w sumie znak zodiaku zobowiązuje), że historia zdana na 4,5 (wyciągnięta średnia to aż 4, liczyłam na  upragnione 3). Cywilizacja też zdana, więc sesja na hiszpańskim zakończona została  w poniedziałek.

Na adm tak łatwo nie było, uczyłam się aż do jednego egzaminu (marzyłam o 3, nie wiem skąd ustukało się punktów na więcej. Po raz kolejny z jednym gościem miałam ścięcie i mimo, że obniżył mi średnią (kurde, stypa) to i tak już mi lepiej, że już po wszystkim. Nienawidzę jak ktoś daje oceny "z czapy", nie prowadzi zajęć, wykładów a potem się czepia o nic. Biedny, zakompleksiony doktorek. Nie dość, że ojciec robił karierę, to jeszcze miał drucianą matkę. Na bank!

trudno jest robić nic
Zatem już drugi dzień z rzędu jest piękny - wstałam  gdy poczułam, że to już. Mam kilka spraw do załatwienia i nic poza tym. Zapewne posprzątam, bo tym razem postawiłam na uczenie się zamiast sprzątania. Ogólnie przeraża mnie wizja tylu wolnych dni, już mam następny tydzień zaplanowany. Dziwnie się czuję na zmniejszonych obrotach - zajęć nie ma, dzieciaki kończą szkołę, więc korków też nie będzie. Pracy na wakacje szukam i dalej nic. Zaczynam wątpić, że się uda... Pociesza mnie, że powierzchnia do sprzątania jest duża.

osiwieję przez studia
Zastanawiające jest jak ciężko mi zwalczyć stres przed egzaminami. To wkurzające być takim perfekcjonistą, który musi mieć wszystko zrobione idealnie a każde odstępstwo to skandal. Muszę znać cały materiał - gdy tak nie jest nie umiem i koniec. Wtedy się denerwuję, chodzę, marudzę, boli mnie żołądek, stresuję się. Obawiam, czy zdam. Dla wielu to śmieszne, ale naprawdę muszę coś znać, wiedzieć i mieć tego świadomość bo jak nie to wychodzi jak zazwyczaj - wszyscy przewidują na jaką ocenę zdam a ja już czarnowidztwo uprawiam...
Tak samo z filo - mimo, że z PNJH mam 5 wydaje mi się, że na nią nie zasługuję. Już się ze mnie śmieją, że mam iść do wykładowcy i poprosić o 2. Niby śmieszne, ale niezupełnie - mam poważne podstawy (w postaci notatek z psychologii) by stwierdzić : cierpię na zaniżoną samoocenę.

szaleństwo z M oraz Mamusią
Tak szalałam z M przed egzaminem z psychologii - truskawki, wino musujące ("szampana" to nawet nie widziało) i było miło :)




A tak w środę po podwójnej sesji próbowałyśmy z mamą wina musującego z musem (opadające pestki i inne opowiastki) - sama nie wiem, którą wersję wolę, dlatego drugi kieliszek był podobny do tego poniżej, ale miał jeszcze truskawki. I sama nie wiem, która opcja lepsza.


Balsamowy zawrót głowy

Dzisiaj mam ochotę spróbować czegoś innego. Napiszę o czymś innym, o czymś, o czym jeszcze nie pisałam- wybór padł na kosmetyki. Na pierwszy ogień idą balsamy, które napoczęłam, a z których skończeniem mam mały problem- nie jestem zbyt systematyczna w używaniu ich.


Mój absolutny numer jeden : 

+pachnie naprawdę przyjemnie, 
+cena nie jest wygórowana (chociaż lepiej kupować, gdy jest promocja w katalogu), 
+skóra jest nawilżona i milusia w dotyku. 

Pokochałam go jak wycofano mój balsam z zieloną herbatą i w katalogu pojawił się ten - wystarczył pierwszy kontakt z tym mleczkiem bym straciła dla niego głowę.



Moja arbuzowa mania sprawiła, że weszłam w posiadanie zestawu - balsam + mgiełka do ciała z Avonu. Od ponad roku nie jestem w stanie ich skończyć, bo co chwilę mam coś nowego, co mnie zainteresuje. Dziwnym trafem inne balsamy otworzyłam i skończyłam, a ten stoi i czeka, chyba na oklaski, bo jeszcze zostało go sporo. 

+zapach! <3 arbuzy! (z wyjątkiem mgiełki, o jej minusie niżej)
+cena - niska i tyle
-balsam - kiepsko nawilża
-mgiełka - czuję praktycznie sam alkohol 


Real foto, czyli ile jeszcze muszę ich wypaćkać :)
1. Mleczko z Oriflame jest w białej butelce i niestety nie widać, więc nie wrzucam zdjęcia - zostało go trochę i mam kolejne w szafie, więc niedługo je otworzę :) 
2. Balsam arbuzowy.


3. Mgiełka arbuzowa.  Prawie nietknięta, jakoś nie mogę przebrnąć przez te opary alkoholu. Szkoda. 


Patrząc na półki w łazience stwierdzam, że mam sporo kosmetyków i dzięki temu mam kolejne pomysły na posty - może jak tutaj napiszę co i jak to następnym razem nie kupię tylu kosmetyków albo kupię inne, tylko sprawdzone? 

Podobno co na blogu to musi być spełnione, także ... Vamos a ver :)

Jak biegać to (pół)maratony!


Zaczęłam się zastanawiać nad Półmaratonem Bydgoskim- do października jest jeszcze trochę czasu, a te ponad 20 kilometrów to chyba nie jest aż tak dużo ... To znaczy marzy mi się nie umrzeć po drodze, nie mierzę aż tak wysoko by cokolwiek wygrywać. Chciałabym go po prostu przebiec i tyle.
 Niestety mam ostatnio problem z motywacją. 
Zawaliłam się notatkami, dałam się stłamsić i zirytować i odechciało mi się w sumie wszystkiego. Taki spadek formy kiedy nawet rower nie ma ochoty być w porządnym stanie bo woli mieć flaka w przednim kole zamiast zawieźć mój tyłek gdziekolwiek bylebym tyle nie myślała.

W ogóle ostatnio wciąż myślę, rozpamiętuję, analizuję. Na przykład bieganie i motywowanie do niego. Dlaczego na obowiązkowym WueFie nikt nie pokazał nam jak oddychać, jak biegać by nie paść po 150 metrach, jak odnaleźć w tym przyjemność? 

Mam dziwne wrażenie, że ci nauczyciele sami nie mieli pasji. Po co uczyć kogoś jak się nie ma pasji?! Może to wypalenie zawodowe? Nie sądzę, młodzi ludzie w dresie powinni chyba zaszczepiać swoim podopiecznym jakiegoś ducha sportu. W jednym z techników był taki starszawy wuefista, który biegał razem z uczniami. Podobno miał koło 70 lat i dawał radę. 

Nie rozumiem dlaczego nikt nie mówi młodym nic na temat efektywnego ruchu, porządnej diety i tak dalej. Potem mamy kompleksy, jesteśmy ociężali i narzekamy na uda/tyłek/piersi/brzuch. Kupujemy jakieś dziwne maści na wybrane części ciała a nie zdajemy sobie sprawy z tego ile dobrego daje nam ruch.

Przecież zaprojektowano nas w taki a nie inny sposób byśmy się ruszali! Dlaczego wobec tego młoda dziewczyna ma zadyszkę po krótkim biegu do autobusu? Mam żal do moich nauczycieli wychowania fizycznego o torpedowanie mojego zapału. I o to, że dawałam radę biegać tylko na krótkie dystanse choć z nienajgorszym wynikiem. O to, że nikt nie dał mi nadziei na to, że mimo niewysokiego wzrostu i sylwetki odstającej od mojego wymarzonego ideału, mogę coś robić fizycznie i się nie męczyć aż tak i odnosić zwycięstwo, które smakuje najlepiej- zwycięstwo nad własnymi słabościami.

 I chociaż biegacze pod Maratonem padli z wycieńczenia - mam 4 miesiące na przygotowanie się do półmaratonu i kusi mnie, by pokazać wszystkim, a przede wszystkim sobie, że jestem w stanie to zrobić. Chyba właśnie po to dostałam bidoniki na pasku?


Skoro to już tutaj napisałam to albo będzie wielki triumf pt. "taaaaaaaaaak, przebiegłam, wooow!" albo spalę się ze wstydu. Ktoś jest z okolic Bydgoszczy i zamierza wystartować w tym biegu? 


Aaa i jeszcze szykuje się nocny półmaraton w czerwcu (czas na pokonanie to 6h). Ktoś chętny? 

Grubasy

Jeśli choć raz wydawało Ci się, że ważysz za dużo, a wszelkie próby zrzucenia kilogramów kończyły się porażką i powrotem do objadania się wieczorami...
Jeśli choć raz zdarzyło Ci się narzekać na swój wygląd i wstydzić się swej nagości... obejrzyj koniecznie film Grubasy Daniela Sáncheza Arévalo.
Jest to niezwykła opowieść o kompleksach spowodowanych ograniczeniami i wymaganiami narzucanymi przez społeczeństwo na każdego z nas. Historia piątki tytułowych grubasów zmagających się z nadwagą, odrzuceniem i kultem szczupłego, zgrabnego, pięknego ciała, opowiedziana w sposób ciepły, zabawny, lecz jednocześnie - zmuszający do myślenia.

Film obfituje w nagie sceny, które niejednego widza mogą wprawić w osłupienie, a nawet budzić obrzydzenie. Zgodnie z dewizą nic co ludzkie nie jest mi obce nagość ludzkiego ciała ma na celu nawiązanie kontaktu z widownią - wszak każdy z nas wygląda podobnie po zdjęciu ubrań. To nie tylko kwestia nadwagi, ale też, a może przede wszystkim, postrzegania siebie przez pryzmat utartych schematów.

Arévalo porusza w swym dziele wiele trudnych tematów współczesnego świata - homoseksualizm, brak zrozumienia w rodzinie, miłość, umiłowanie kobiecego ciała, a nawet techniki manipulacyjne stosowane w marketingu. - Najbardziej wzburzył mnie wątek, w którym jeden z bohaterów nie mógł zaakceptować zmienionego ciała swojej partnerki. Przecież to normalne, że kobieta w ciąży tyje! - emocjonuje się Ania po projekcji filmu. - Poza tym podobało mi się, że inni  widzowie reagowali bardzo żywiołowo na sytuacje, które widzieli na ekranie.