Juwenalia (nie)studentki, czyli o tym jak daję się sfrajerzyć

Zawsze uważałam, że JUWENALIA przed sesją to masakra dla mózgu. Zwłaszcza, że zaczynały się jakieś kolokwia zaliczeniowe i inne badziewia, nie wspominając o wykładach, które niekiedy nie były odwołane w ramach godzin dziekańskich czy rektorskich albo ktoś ich po prostu nie respektował.

Alkohol niszczący szare komórki, brak snu i głośna muzyka wywołująca migrenę + bandy studentów żebrzących na ulicach - to w skrócie moja wizja tego studenckiego święta.
Nie wspominam tutaj o takich kolejkach do kontenerków typu toi toi czy załatwianiu swoich potrzeb pod blokiem/sklepem/krzakiem - przyznajcie się, kto tego nie zrobił chociaż raz?
Tym bardziej nie narzekam na syf, który był dosłownie wszędzie. Po prostu człowiek dojrzewa i zmienia mu się punkt widzenia, priorytety i w ogóle- wszystko. W końcu panta rhei...

 A teraz dłuższe wtrącenie o mnie, bo jakoś tak mi się napisało i nie wiedziałam co z tym zrobić...

Zawsze coś robiłam albo gdzieś pracowałam: a to udzielałam korków a to pisałam artykuły do gazety- słowem- nie miałam czasu na nudę. I na zabawę zresztą też nie, chociaż właściwie brakowało mi na to chęci. Zwykle udawało mi się wymigać z imprez: "mam tyle roboty, nie wyrobię się!". Naprawdę tyle miałam, a mimo to dodawałam sobie do kalendarza kolejne pozycje, narzucałam olimpijskie tempo w biegu po palmę frajerstwa. 

Nie było dla mnie problemu napisanie referatu za dwie osoby, zrobienie prezentacji za cztery. Wolałam zrobić to sama i mieć nad tym kontrolę- wiedzieć, że jest to zrobione dobrze, a nawet bardzo dobrze, chociaż zawsze mogłoby być lepiej (tak widziałam to ja, inni uważali, że lepiej być nie może). Kolejne wolontariaty, projekty, referaty, koncerty, konferencje, drzwi otwarte, samorząd, z którym się nie dogadałam, czyli istne cuda na kiju w moim prywatnym cyrku. Ale o tym chyba jeszcze napiszę niejeden post...

Studenckie spędy? To już (?) nie dla mnie, bo alkohol szare komórki rozpuści, poza tym się nie wyśpię, wypłuczę magnez i umrę z nadejściem migreny. Poza tym możemy imprezować w naszym kameralnym gronie, albo obejrzeć wspólnie film i wypić piwo i o wiele bardziej lubię nasze rozmowy niż wrzaski innych i problemy z "usłyszeniem" własnych myśli.  Nie będę ściemniać, że chlańska nie było, bo było całkiem sporo, ale nie tak często jak mnie zapraszano.

W zeszłym roku w trakcie juwenaliowego koncertu graliśmy w gry planszowe na Sobotniej Nocy Gier Planszowych i musieliśmy wracać w nocy taksówką, bo dwa nocne były tak zawalone pijanymi, radosnymi studentami, że nie było szans się wcisnąć.

Teraz wpadliśmy na pierwszą imprezę juwenaliową, tradycyjnie zjadłam ogromną watę cukrową i daliśmy stamtąd nogę. Muszę przyznać, że wata wydawała mi się za duża i za słodka- po raz pierwszy w życiu. Może ograniczanie cukru naprawdę się powiodło? Tradycja wcinania waty chyba zostanie pogrzebana, chyba, że zamiast "największą watę poproszę, jaką tylko pan da zrobić! + uśmiech numer 5" będę mówić "poproszę najmniejszą z możliwych", ale nad tym zastanowię się za rok.

 Ekipa w składzie M.+P.+ Tysia zwiała do P. i u niej siedzieliśmy- ewidentnie świadczy to o tym, że jesteśmy z P. stare a studiowanie + praca = niechęć do studenckich spędów :)

A tu taki mały rogalikowy Księżyc, który  nam towarzyszył w drodze do domu- aż żałowałam, że nie mam normalnego aparatu i statywu...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz