Poketonalowe rozkminy, czyli Tysia patrzy i rozmyśla...

Małe niebieskie tableteczki. Dostępne wyłącznie na receptę. Redukujące ból. I powodujące dziwne myśli.
Wypiszę tu tylko nieliczne z tych, które mnie dziś dopadły. Nie wiem, czy to brak snu czy o co chodzi.

Zacznijmy od rana. Okolice godziny 4 -dzwoni telefon. Przekonana, że to budzik (nastawiony na 5 czy 5 30)  "slajduję by odblokować" i słyszę sapanie. Znów to samo po chwili, i jeszcze raz - łącznie trzy telefony, z czego ostatni wyprowadził mnie z równowagi- telefon położyłam na poduszce i próbowałam spać dalej. Ten drugi ktoś nie spał, lecz sapał mi w słuchawkę. Słyszałam też jakieś stukanie jak o klawiaturę na kompie. Spoko. Lubię zastrzeżone. Nie wiem tylko jak to zablokować ?

Przechodząc ulicami miasta zauważam różnych ludzi - faceci w różowych koszulkach i niebieskich / czerwonych mega-obcisłych-o-kurde-nie-mam-w-nich-jaj -- rurkach z superdziewczęcą fryzurą na głowie. Kolesi z majtkami w okolicach nerek i krokiem w kolanach. Drechów, ich wypacykowane niunie. I moje ulubione, czyli zapomniałam-ubrać-spódniczki-lub-spodni, czyli babeczki w legginsach, czasami w skrajnej formie ludzików Michelin. Te ostatnie przybierają dwie formy- o tym za chwilę.

Jestę dziewczynę, czyli mamy równouprawnienie - ok. Nie wiem tylko czy powiedzieć per pani czy per pan. W dzisiejszych czasach nie wiem, czy fryzura i pomalowane paznokcie wskazują na płeć czy nie. Raczej nie. Obawiam się jednego - już nie jestem w stanie odróżnić jednej płci od drugiej.Starzeję się. Nie widzi mi się koleś w tak obcisłych rurkach. Patrzę na niego i myślę sobie: "czy on ma w ogóle jaja?! A penisa?! Gdzie niby to mieści?!".

Holla deska i tricki na pomnikach - sk8 pełną gębą przez duże EEEEJT! Uwielbiam ich bokserki, których nie sposób nie zauważyć. Kończą się chyba przy szyi jak niektórym laskom stringi. Zniewalający widok. I te spodnie w których chyba coś trzymają, bo tak niski krok zawsze kojarzy mi się z jakąś skrytką na skarby. W tym przypadku nie mam wątpliwości - luz klejnoty mają.

Problem!? I moja niunia! Zastanawia mnie jak to jest możliwe, że drech jest drechem. Nosi ortalion, ewentualnie inne coś. Ma dres codzienny i wyjściowy. Podobno dres to stan umysłu. Wydaje się, że nawet chodzi inaczej i zachowuje się inaczej niż odziani w inne szaty ludzie. Niunia zawsze musi być wypacykowana i pofarbowana+ mieć supermodne coś w postaci panterki czy innego cuda i narzucać się misiaczkowi. Często traktowana przez powyższego jak śmieć lub odwrotnie - to ona poniża jego.  Pokazuje wszystkim swą wyższość nad nimi. "To puste i to puste, ale 0*0 lub 0 do potęgi 2 nic nie zmienia".

Ludziki Michelin -  zapomniała ubrać spódniczki. Koszulka kończy się na pępku, czasami na biodrze. Niżej tylko legginsy. Tę grupę można podzielić na dwie podgrupy - szczupłe, wyglądające dobrze i mniej szczupłe, wyglądające kiepsko. Albo te szczupłe, ale wbijające się koniecznie w rurki w rozmiarze xs - mimo drobnej budowy fałdy się pojawiają.
Tutaj narzuca się żarcik w stylu : "Magda kupiła 20 tabliczek czekolady. Rano zjadła 4. Po południu 7. Wieczorem 5. Dlaczego Magda nosi legginsy?"


Powyższe stereotypy były punktem wyjścia do dzisiejszych rozważań. Rozkminy były w stylu :
gdzie i z kim się wychowali? Jacy byli? Jacy są? Kim byli rodzice? Czym się zajmują? Czym interesują? Po co nam zęby? Gdzie się uczyli? Co przeżyli ? Po co żyjemy? I tak umrzemy. Co po nas zostanie? Dlaczego zawsze za czymś gonimy/ czekamy/ odkładamy. Jak żyć by nie zmarnować tego życia? Jak połączyć plemniczek z jajeczkiem by było z tego mądre, kochające i cudowne dziecko? Jak wyhamować ?


Dlaczego nieroby mają łatwiej?! 
Tutaj to już Armagedon, bo dowiedziałam się dziś, że, UWAGA! TYSIA MOŻE nie spać, zapierniczać i w ogóle się męczyć. Dlaczego? Otóż - TYSIA JEST CYBORGIEM. "Ogarniasz dwa kierunki studiów, masz świetne oceny, robisz projekty i pracujesz - Ty to możesz nie spać i w ogóle". Taaa bo lepiej jest przyjeżdżać na zajęcia na 13 niż na 8, migać się od wszystkiego, robić głupie miny i cieszyć się, że się udało po raz kolejny ślizgnąć. A frajerzy, czytaj Tysia i inni będą zapierdzielać. Oni mogą, oni mają dyski zamiast mózgów a w dupkach silniczki. A ja sobie paznokietki pomaluję. Ech.

I w ten sposób rodziły się kolejne pytania - jak długo ludzie się z różnymi rzeczami męczą, jak długo wytrzyma środowisko naturalne, czy natura chciała, byśmy mieli krzywe zęby? Jak pokazać dzieciom bogactwa tego świata, dlaczego wszystkiego nie będę mogła poznać? Jak sobie radzić z innymi ludźmi, jak wychować dziecko by dało sobie radę? Jakie marzenia, cele i życie mają inni ludzie? Jak wygląda dzień tego człowieka, który idzie obok mnie?

A to dopiero początek rozmyślań...

Węgierski mnie prześladuje!

Powoli sytuacja się klaruje. Okazało się, że pech nie jest aż tak wielki, ale kasy sporo pójdzie. Jakbym dorwała winowajcę... Ech, muszę pozbyć się negatywnych emocji.

źródło: krynica.pttk.pl

W poprzednim tygodniu nie biegałam. Miałam w planach, ale sytuacja okazała się dla mnie zbyt trudna do udźwignięcia. Zawsze za bardzo przejmuję się detalami. A dziś? Lało masakrycznie i schowałam się za parawanem "boli mnie" i siedzę w domu. Chciałam się uczyć, ale jakoś odeszła mi motywacja. Wszystkiego jest za dużo i to na już. W ogóle nie mogę się skupić, zmusić. Wybaczam sobie - to na pewno brak biegania.

Od dziś nie muszę się uczyć francuskiego aż do października. Jednak we mnie siedzi taka druga Tysia i mówi: parlaj, parlaj, mała! Może znajdę w sobie siłę i samozaparcie by tego dokonać. Chwilowo akceptuję swoje gorsze dni i cieszę się, że żyję i tak wiele można jeszcze zrobić (szkoda tylko, że potrzeba do tego worka pieniędzy vel złotej karty płatniczej).

Zaczynam chyba doceniać chwile na tym świecie. Ale nadal złości mnie "cfaniastwo" lenistwo i kilka innych przywar, które jakoś chętniej dopadają ludzi dookoła zamiast mnie. Swoje frustracje w tej kwestii wyrzucę z siebie kiedy indziej. Teraz- uwaga- motywuję się.

Dam radę, chociaż nie chce mi się uczyć. Skoro się nie nauczyłam przez rok to teraz się nie nauczę.
Referaty najlepiej pisze się o nocach.
Książki są po to, by je fotografować i potem pisać po nocach referaty (patrz punkt wyżej).
Rodzina uważa mnie za no-life'a. Zaczynam myśleć, że mają rację.
Nie muszę we wszystkim być doskonała, niedługo skończę te cholerne studia, które podjęłam przez pomyłkę i będę się uczyć języków i spać do południa. Akurat, sama w to nie wierzę. Jestem pracoholikiem i w dodatku wszystko biorę na siebie.
Jestem za miła. Tyle lat kreowania się na wredną p**, złośliwą wiedźmę i nic z tego - każdy wie, że podpowiem, doradzę, pomogę. Miękkie serce? Twarda dupa. Dziś byłam uparta- na wszelkie pytania odpowiadałam: nie wiem. Wyszłam na głupią, ale może w końcu przestaną mnie traktować jak chodzący słownik!
Miałam nie narzekać... Cieszmy się życiem :)


Ostatnio prześladuje mnie węgierski. I to tak ostro. Nuta, przez którą "gwałcę replay" to dziś :

Koniec tego koszmarnego tygodnia! Czyli kolejne ciasto :)

Koszmar co prawda rozpoczął się w środę, ale już mam serdecznie dość. Wyżaliłam się na wizażu i ciut mi lepiej, ale doskwiera mi trochę brak normalności.

Nie będę tu smęcić, a przynajmniej nie za dużo :)

Warsztaty się udały, za co mogę podziękować i mojemu promotorowi i J. Żaden z nich nie zna tego bloga, zatem muszą im wystarczyć podziękowania osobiste. Mój pseudowykład nie był najgorszy-przyszło chyba 6 osób poza moją Babcią i M. - nie były to tłumy, ale jednak wysłuchali. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie organizuję już nic bez korzyści finansowych czy jakichkolwiek innych zwłaszcza przy tak kiepskiej oraganizacji pt. nie damy ci znać, że coś robisz, ale to zrób i jeszcze cię opieprzymy, że nie wiesz i jesteś zła.
Super.

Tak czy inaczej - przeżyłam i jest całkiem ok.

Jutro Dzień Mamy więc jadę do rodziców, a skoro jadę to musi być ciasto ;) Jakoś już mi nie smakują ciasta  kupowane gdziekolwiek. Zatem zrobiłam kolejne. Jego "środek" zobaczycie później, jak pokroimy to zrobię zdjęcia. Boli mnie jednak, że gotowa masa kajmakowa jest tak strasznie sztuczna, kompletnie nie odpowiada mi jej smak...
Niewiele Wam to na pewno powie ;)
Ale wieczorem dorzucę zdjęcie "wnętrza"- mam nadzieję, że nie wygląda najgorzej od środka :)


Zarzucono mi, że siedzę w rodzinnych pieleszach i zwolniłam tempo. Zrobiłam się ponoć bardziej "domowa" i  prowadzę "bardziej osiadły tryb życia". Skąd takie pomysły? Ano stąd, że piekę. I co jakiś czas coś wrzucę do neta i znajomi to widzą. Zatem - obijam się na pewno, stałam się "kurą domową"!
 Nie, to nie jest kwestia wstania wcześniej/ położenia się później i zrobienia czegoś czytaj organizacji. Nieee. Na pewno mam mniej obowiązków! Guzik, choinka, prawda! Wiecznie będę działać w wolontariacie bo mam zryty mózg i non stop dodaję sobie obowiązków i trosk. 
Da się to leczyć? 

Organizacyjnie chyba radzę sobie coraz lepiej, chociaż ostatnio mam okres smętów i zwątpienia.

edit : środek tego cudaka :




Kto zgadnie co to ? :)

Jest weekend? Jest ciasto!

Cały tydzień latam jak z przysłowiowym pieprzem w dupie. Soboty i niedziele są dla mnie inne, jakieś takie- za krótkie na wszystko to, co chcę + powinnam + mogę zrobić. Jestem łasuchem a reszta łasuchów cieszy się gdy na stole coś się pojawia :)

Jutro mam kolokwium więc wolę Wam opisywać jakie ciasto przed chwilą wykończyłam, bo sobota bez ciasta to dziwna sobota. Lubię piec, cieszy mnie gdy rodzinie smakuje a inni im zazdroszczą.

W tym tygodniu sobota była biszkoptowo-kremowo-truskawkowa!




Truskawki są hiszpańskie, więc jakiś akcent prawie-naukowy jest, jak widać, obecny.

Póki co trzęsę portkami przed czwartkowym klonowaniem, ale o tym na razie cicho-sza! Może znajdzie się ktoś, kto zrobi mi zdjęcia i będzie git :)

Ogólnie obawiam się, że kompletnie olałam sobie jedną uczelnię. Wygasłam, wypaliłam się. Guzik mnie obchodzą te cholerne obligacje, akcje, ustawy i inne pierdoły. A jednak pisałam to coś przez 6 godzin chodząc po domu i wyzywając jak nie wiem. Jest jednak postęp- nie sprzątałam, tylko zmuszałam się do pisania. 

Dlaczego tak bałam się matury z angielskiego ? Dlaczego nie próbowałam jakiejś filologii? Albo czegoś przyszłościowego?  Dlaczego takie studia wybrałam? Za rok będę już ich absolwentką przez duże A, jednak  to pytanie nawiedza mnie we śnie... 

Idę się zmusić do nauki- może się uda :) 



Edit : Bieganie - umarło. W ostatnią niedzielę 8 kilometrów, wczoraj niecałe 4 + śmierdzące powietrze wypalanych traw i duchota paskudna. Poza tym chyba mam jakiś zespół napięcia przedsesyjnego bo wszystko mnie wkurzało, endo się wieszało i przyjemności z biegania nie było. Spróbuję jak mi się nazbiera stresów, czyli pewnie jutro. To jest jakaś masakra, zaczęło być miło, endorfinki fruwały a wczoraj wnerwiały mnie nawet podmuchy powietrza nie w tę stronę. No chyba jestem ostro kopnięta. Ale trudno, nie było przyjemnie to wróciłam, Ruch ma sprawiać radość a nie wnerwiać.

Juwenalia (nie)studentki, czyli o tym jak daję się sfrajerzyć

Zawsze uważałam, że JUWENALIA przed sesją to masakra dla mózgu. Zwłaszcza, że zaczynały się jakieś kolokwia zaliczeniowe i inne badziewia, nie wspominając o wykładach, które niekiedy nie były odwołane w ramach godzin dziekańskich czy rektorskich albo ktoś ich po prostu nie respektował.

Alkohol niszczący szare komórki, brak snu i głośna muzyka wywołująca migrenę + bandy studentów żebrzących na ulicach - to w skrócie moja wizja tego studenckiego święta.
Nie wspominam tutaj o takich kolejkach do kontenerków typu toi toi czy załatwianiu swoich potrzeb pod blokiem/sklepem/krzakiem - przyznajcie się, kto tego nie zrobił chociaż raz?
Tym bardziej nie narzekam na syf, który był dosłownie wszędzie. Po prostu człowiek dojrzewa i zmienia mu się punkt widzenia, priorytety i w ogóle- wszystko. W końcu panta rhei...

 A teraz dłuższe wtrącenie o mnie, bo jakoś tak mi się napisało i nie wiedziałam co z tym zrobić...

Zawsze coś robiłam albo gdzieś pracowałam: a to udzielałam korków a to pisałam artykuły do gazety- słowem- nie miałam czasu na nudę. I na zabawę zresztą też nie, chociaż właściwie brakowało mi na to chęci. Zwykle udawało mi się wymigać z imprez: "mam tyle roboty, nie wyrobię się!". Naprawdę tyle miałam, a mimo to dodawałam sobie do kalendarza kolejne pozycje, narzucałam olimpijskie tempo w biegu po palmę frajerstwa. 

Nie było dla mnie problemu napisanie referatu za dwie osoby, zrobienie prezentacji za cztery. Wolałam zrobić to sama i mieć nad tym kontrolę- wiedzieć, że jest to zrobione dobrze, a nawet bardzo dobrze, chociaż zawsze mogłoby być lepiej (tak widziałam to ja, inni uważali, że lepiej być nie może). Kolejne wolontariaty, projekty, referaty, koncerty, konferencje, drzwi otwarte, samorząd, z którym się nie dogadałam, czyli istne cuda na kiju w moim prywatnym cyrku. Ale o tym chyba jeszcze napiszę niejeden post...

Studenckie spędy? To już (?) nie dla mnie, bo alkohol szare komórki rozpuści, poza tym się nie wyśpię, wypłuczę magnez i umrę z nadejściem migreny. Poza tym możemy imprezować w naszym kameralnym gronie, albo obejrzeć wspólnie film i wypić piwo i o wiele bardziej lubię nasze rozmowy niż wrzaski innych i problemy z "usłyszeniem" własnych myśli.  Nie będę ściemniać, że chlańska nie było, bo było całkiem sporo, ale nie tak często jak mnie zapraszano.

W zeszłym roku w trakcie juwenaliowego koncertu graliśmy w gry planszowe na Sobotniej Nocy Gier Planszowych i musieliśmy wracać w nocy taksówką, bo dwa nocne były tak zawalone pijanymi, radosnymi studentami, że nie było szans się wcisnąć.

Teraz wpadliśmy na pierwszą imprezę juwenaliową, tradycyjnie zjadłam ogromną watę cukrową i daliśmy stamtąd nogę. Muszę przyznać, że wata wydawała mi się za duża i za słodka- po raz pierwszy w życiu. Może ograniczanie cukru naprawdę się powiodło? Tradycja wcinania waty chyba zostanie pogrzebana, chyba, że zamiast "największą watę poproszę, jaką tylko pan da zrobić! + uśmiech numer 5" będę mówić "poproszę najmniejszą z możliwych", ale nad tym zastanowię się za rok.

 Ekipa w składzie M.+P.+ Tysia zwiała do P. i u niej siedzieliśmy- ewidentnie świadczy to o tym, że jesteśmy z P. stare a studiowanie + praca = niechęć do studenckich spędów :)

A tu taki mały rogalikowy Księżyc, który  nam towarzyszył w drodze do domu- aż żałowałam, że nie mam normalnego aparatu i statywu...


Zakupowe szaleństwo :)

Wczoraj padało. Ale też miałam sporo nauki, do której ciężko było mi się zabrać. Nie wspominając o tym, że moje ciało domagało się biegu. Nie pozostało mi nic innego jak udać się do decathlonu i kupić buty do biegania i jakiś futerał na ramię by przytrzymał mój szpanerski telefon w trakcie biegu.
Oto moje łupy :
Mój zestaw Tysi-pseudobiegaczki- buty, "trzymadło", skarpetki i nowa koszulka, rozmiar większa od poprzedniej (kompletny przypadek), ale za to strasznie pasuje mi do butów :)
Naładowana zakupową energią moje deszczowe 8km wczoraj pokonałam w godzinę, chociaż endomondo pokazuje co innego - nie zastopowałam go gdy stałam jak kretynka by przepuścić 2 psy a potem jeszcze husky'ego "pani się nie boi, on nie gryzie" taaa i pies biegnie bez kagańca jakieś 400 metrów za radosną rodzinką na rowerach...


Dziś jestem po kilku kolokwiach, a nawet zdążyłam skończyć godzinne korepetycje- padam na twarz. Mam jednak ambitny plan napisania zadań domowych już teraz, by to wszystko nie spiętrzyło się na sam koniec. Powinnam też posprzątać, bo raczej daleko mi do porządku, który bym uważała za odpowiedni. Może coś z tym dziś zrobię? A może i nie :) Chyba czas zacząć walczyć z zapędami do perfekcjonizmu...
Motto z moich butów brzmi :
   
I były to moje najlepiej wydane pieniądze :) (mimo, że biegam jak ostatnia łajza, w tempie piechura to i tak jest mi świetnie za każdym razem gdy wracam do domu :P

Motywacja vs lenistwo

Macie tak czasami, że coś byście zrobili ale Wam się nie chce?

Na przykład - nauczyli się japońskiego, pobiegali, cokolwiek?

Zacznę od rozliczenia samej siebie: ostatni bieg, mimo, że był w poniedziałek to ponad 5km z poprawionym wynikiem. Dwa - nie biegam chwilowo, bo znalazłam powód pt. jest mi za gorąco i niezbyt wiem gdzie trzymać telefon a bez muzyki i głosu mówiącego ile przebiegłam i w jakim czasie zakończyłabym bieg po dobiegnięciu do następnej przecznicy. Dziś jak znajdę jakiś pomysł na ogarnięcie tego problemu - wybiegnę, jak nie - może wymyślę coś innego (a może i nie).

Motywacja to taki stan, w którym czujemy, że coś zrobimy i naprawdę to robimy "chcę biegać, będę biegać" = zakładam przysłowiowe trampki i dresik i biegnę. Odkładanie działań na jutro, pojutrze, od następnego poniedziałku/ tygodnia - guzik daje!

"Każdy dzień to szansa, aby wszystko zmienić" trzeba jednak zacząć działać.
Ostatnio rozmawiałam ze znajomym, który narzekał, że gdyby znał niemiecki to pojechałby tam do pracy i byłoby cacy. Zapytałam go co mu w tym przeszkadza? Jesteśmy w stanie ZAWSZE wymyślić 1000 powodów, dlaczego czegoś nie zrobimy niż 1 sposób, w jaki moglibyśmy to zrobić. Dlaczego ?

Jedni mają cel np. dogadać się z Niemcem i niemieckiego się nauczą. Inni chcą zgłębić jakieś zagadnienie i dajmy na to wiedzą, że w niemieckich mediach jest to częsty temat. Dlatego zaczynają uczyć się tego języka i dokopują się do interesujących ich ciekawostek.
Gadanie typu mam pracę, maturę, magisterkę, potrzebne dopisać, na głowie, nie mam czasu etc. jest po prostu głupim paplaniem próbującym zamaskować lenistwo.

DLA CHCĄCEGO -NIC TRUDNEGO. Zdaję sobie sprawę, że wielu rzeczy nie jesteśmy w stanie zmienić np. mimo chęci nie pozbędę się migren, bo one są i tyle, ale są aspekty naszego życia, którymi jesteśmy w stanie samodzielnie kierować. Nawet, jeśli niezupełnie samodzielnie, to jednak nasz wkład bardzo często jest duży.

Nikt za nas nie nauczy się języka, jazdy na rowerze czy materiału na egzamin. Kto chce szuka sposobu, kto nie chce szuka powodu. I o ile czasami zdarzają nam się chwile lenistwa i mamy do nich prawo nie bądźmy leniami z wyboru. Szukajmy drogi by zdobyć szczyty, których zdobycie sobie założyliśmy, nawet, jeśli ich drogowskazy są za taką mgłą: 



PS Zdaję sobie sprawę, że mnie tu chwilkę nie było, ale zaaferowana byłam pierwszymi zaliczeniami na uczelniach. Jest na +, zatem jak się wszystko uspokoi powinno być mnie tu więcej :)



Majówkowy Dolny Śląsk :)

Wróciłam wczoraj, ale jakoś niespecjalnie miałam ochotę na pisanie. Tu pogoda ponoć świetna, na południu Polski padało, mżyło, grzmiało, wiało- niektórzy zostaliby w domu i tyle. Ale nie ja.

Bieganie 

Jak postanowię to nie ma mocnych - prawie 4km pokonane w niezbyt sprzyjających warunkach - zwykle biegam po płaskim terenie, wieczorem, gdy raczej nie wieje i jest dość ciepło. Tym razem wybrałam się rano, bez śniadania (chciałam sprawdzić, czy faktycznie jest tak megawygodnie jak niektórzy twierdzą) w terenie lekko (jak dla mnie mega) górzystym, ciśnienie inne, deszczyk siąpiący, wiatr chcący urwać uszy. Po drodze miałam piękne widoki i nawet sarenki udało mi się złapać, ale zdjęcie wyszło bardzo kiepskie z powodu a) odległości dzielących mnie od tych płochliwych cudów natury  b)zacinającego prosto na telefon deszczu.

Te białe tyłeczki to naprawdę sarenki :)


Wroclove 

Wypad z siostrą na Dolny Śląsk i zero Wrocławia? Niemożliwe! Ostrów Tumski lekko deszczowy się wydawał, więc odpuściłyśmy, ale to na pewno nie był nasz ostatni wyjazd w te tereny, więc nic straconego! :)
Jak zwykle musiałam zrobić krasnalkowe zdjęcia, a że zwykle rozwalam kasę raz dwa, to wybór padł na bogatego skrzata:



Próbowałam zabrać mu kasę, ale nie oddał ;) 


Trzeba przyznać, że we Wro mieliśmy najładniejszą pogodę. Twoja stara... restauracja, niestety została już tylko na zdjęciach sprzed dwóch lat :
Kurna Chata jednak trzyma się świetnie i nadal serwuje porcje jak dla pułku wojska :)

Zdjęcia poniżej autorstwa mojej siostry - miała strasznie trudne warunki atmosferyczne tym razem :)












W tych kilku zdjęciach zawiera się chyba nasza cała wycieczka- Ogród Japoński jak zwykle wyglądał cudownie. Ogólnie chyba się podobało :)



Zamek Książ

Wałbrzych pięknem nie powala, to fakt. Warto jednak odwiedzić Zamek Książ i Palmiarnię :)
Nam wyszedł całkiem sążny spacer, bo skręciliśmy nie tam gdzie trzeba i hasaliśmy po haszczach i krzaczorach, ale ruch to zdrowie, więc drepting uznaję za udany. Pomijam tutaj bandę "wsiunów" nieumiejących się zachować. To tacy ludzie z cyklu "niewyżyte nastolatki 30 lat później".





















Jak widać mieliśmy odrobinę wiosny ukrytej w kolorowych kwiatach :)

Góry Sowie

Spacer z cyklu raz dwa trzy i na górze jesteś Ty. Tym razem mgła paskudna, widoczność prawie zerowa. Mam na to dowody:
















Początek sezonu, czyli grochówka za darmo i wojska Pruskie (choć dla mnie wyglądają jak napoleońskie) nie zostały uwiecznione, ale uwierzcie  na słowo.

I to chyba już koniec majówki -  lecę pobiegać po moich nizinach  :) 


kawałek z wyjazdu (bo jakiś musi być):