Nienawidzę biegać!

Ile razy wywrzeszczałam lub wysapałam to zdanie po zajęciach z wf-u na których biegaliśmy na więcej niż 100 metrów - nie zliczę.

Jednak ostatnio mój tryb życia jest wyjątkowo siedząco-leżący i od stycznia próbowałam aktywnie spędzać czas. Postawiłam na bieganie, jako najtańszą i najszybciej przynoszącą efekty dyscyplinę. Zmuszenie się do treningów było bardzo trudne i zimą bywało różnie. Wczoraj zaliczyłam swój 3 bieg z endomondo w telefonie i jestem zachwycona!

Ja, tocząca się kuleczka, mająca problemy z tętnem, oddychaniem i z czym się jeszcze tylko da przy biegach powyżej 60 metrów, czyli przy wszystkich, które wymagały rozłożenia sił zamiast szybkiego sprintu(M moje wspomnienia z biegania sprintem skwitował porównaniem do jakiegoś geparta czy innego zwierza)
 wczoraj wieczorem zaliczyłam ponad 8km biegu,a  miało być max 5 by się nie przemęczyć. Każdy kilometr trwał nie dłużej niż 9 minut, najlepszy 7 minut i trochę. Byłam z siebie tak dumna, że do teraz mi endorfiny latają po ciele :)



Dlatego czuję, że jeszcze bardziej  polubię bieganie.
W końcu robię to dla siebie - dla kondycji, gospodarki hormonalnej, prawidłowego oddychania i lepszego samopoczucia. Nie muszę się z nikim ścigać, nie muszę być zawsze najlepsza. Ale muszę walczyć sama ze sobą, bo mimo, iż nie mam nadwagi to każdy krok, każdy skok, każdy metr pokonany jest dla mnie trudny.

Łatwiej jest mi się nauczyć czegoś z zagadnień administracyjnych czy językowych niż zmobilizować się do ruchu. Co jakiś czas tylko sobie obiecuję -"zrobię to" i nie robię. To znaczy coś robię, ale nie to. Mięśnie brzucha mam świetnie wyćwiczone, ale co z tego skoro oponka na brzuchu je zasłania? I nigdy nie mogłam się zmotywować. Zaparłam się i mimo krótkiego snu dziś czuję się wyjątkowo dobrze (trochę mi się oczy zamykają na myśl o nadchodzącej całonocnej podróży)  i mogę przenosić góry i projektować oceany.

Najpiękniejsze jednak jest to, że :
a) nie potrzebuję do tego Ewci czy innej kobietki o nienagannej sylwetce (jak się dowiedziałam źle wykonującej ćwiczenia), która próbuje "mnie" podtrzymać na duchu słowami "oddychaj, dasz radę"- taaa już bo ;]
b) zawdzięczam to tylko i wyłącznie sobie - to moje nogi stawiają kolejne kroki w moim rytmie, to moje małe  serduszko pika jak szalone, moje tętnice przetaczają moją za małą ilość hemoglobiny czy innych cudów.
c) wbrew opinii innych daję radę i wierzę w siebie- pokonywanie kolejnych barier jest ważniejsze niż ostatnio sądziłam, to znaczy próbowałam sądzić. Spychałam gdzieś problemy i nie chciałam do nich wracać. Biegnąc z rozwianymi włosami myślę o różnych rzeczach, oddycham i wrzeszczę z radości, że kolejny kilometr za mną.
d) doceniam swoje sukcesy- wiem, że inni biegają szybciej, więcej, lepiej, mniej się męczą, pocą (niepotrzebne skreślić, pożądane dopisać), ale dla mnie jest to kolejny sukces. O tyle ważny, że będą kolejne, bo ten wysiłek fizyczny daje mi niesamowitego kopa do działania. Naprawdę wierzę w siebie i w to, że tym razem uda się spełnić marzenie o ładniejszej sylwetce (chociaż i tak najbardziej lubiłam chłopięcy okres w moim życiu pt. zero brzucha, zero cycków to i tak uda miałam duże-dobrze, że to tylko mięśnie) i lepszej kondycji...

 Zastanawiam się jednak, czy dam radę biegać po terenie górzystym, w jaki się dzisiaj wybieram na kilka dni. Poprasowałam wczoraj, zatem wszelkie możliwe zadania zostały wykonane. Samoocena wzrosła, uśmiech z twarzy nie schodzi- wróciła dawna ja :)

foto: tradycyjnie mojego autorstwa

Coś się dziś rozpisałam, obawiam się, że będzie więcej wpisów o bieganiu, jedzeniu i innych dziwactwach. Sama siebie nie poznaję, że takie sprawy mnie interesują, ale cóż- z biegiem lat muszę zacząć działać, by utrzymać się w świetnej formie i mieć szansę na piękne i mądre dzieci, za którymi potem nadążę biegać, bo póki co nie byłam w stanie dogonić zwiewającego dwulatka :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz