Weekend majowy pracoholika

 Jestem nadaktywna. Oj baardzo. I leniwa. Za bardzo. I jeszcze mam zapędy do perfekcjonizmu. Ogromne. I do pracoholizmu. I nadużywam i.


Wybyłam na południe Polski. Od razu widać,  że mam wolne i spakowałam same wiosenno-letnie ubrania, nie zabrałam  żadnego kodeksu, notatek, słownika. Dwa odcinki serialu po hiszpańsku na pendrivie się nie liczą. Dlaczego widać? Wystarczy spojrzeć za okno - wtedy z całą pewnością można stwierdzić, że mam wolne. To oczywiste,  że pada... Co za złośliwość. I tak czekam na zmianę pogody- jeszcze będzie pięknie!

Piszę ze stacjonarnego kompa, co mi się bardzo długo już nie zdarzało i moje palce mają pewne problemy ze znalezieniem odpowiednich literek, bo ten kąt nachylenia im nie odpowiada. Nie mam tu chyba zdjęć, coś z telefonu może wrzucę.

Jem tu za trzech - folguję sobie. Wyspałam się i wstałam koło 8 by wyruszyć biegać. Wspominałam, że padało? Inne ciśnienie, górzysty teren, chłód i deszcz - 3km za mną. Jednak potrafię być wytrwała. Potrafię podnieść tyłek i się zmobilizować. Potrafię!

Widziałam śliczne sarenki, jeszcze nie widziałam zdjęć, które im zrobiłam telefonem gdy podczas biegu w deszczu je zauważyłam, pewnie nie wyszły za dobrze. Ale to nic - moje oczy widziały, mózg zapisał i naprawdę opłacało się zaraz po przebudzeniu ubrać i wyjść. A już chciałam spać dalej... Pewnie skończyłoby się bólem głowy od nadmiernej ilości snu.

Dolny Śląsk jest gościnny mimo pogody - czas na wizytę w Książu. Mam nadzieję, że naładowałam baterię w aparacie.


PS Dziwna jest polityka tego serwisu - wysyłają mi maile, że na pewno ja to nie ja tylko pseudonim. Jak tak dalej pójdzie to przeniosę się na inną platformę. Łaska jakaś czy coś?! Mam podać imię i nazwisko i ewentualnie mogę podać pseudonim ? Chyba nie :) Najwyżej zwieję - jak będziecie chcieli to mnie znajdziecie :)

PS2 Niestety zdjęć chwilowo nie dodam - może jak wrócimy ze zwiedzania :)

Nienawidzę biegać!

Ile razy wywrzeszczałam lub wysapałam to zdanie po zajęciach z wf-u na których biegaliśmy na więcej niż 100 metrów - nie zliczę.

Jednak ostatnio mój tryb życia jest wyjątkowo siedząco-leżący i od stycznia próbowałam aktywnie spędzać czas. Postawiłam na bieganie, jako najtańszą i najszybciej przynoszącą efekty dyscyplinę. Zmuszenie się do treningów było bardzo trudne i zimą bywało różnie. Wczoraj zaliczyłam swój 3 bieg z endomondo w telefonie i jestem zachwycona!

Ja, tocząca się kuleczka, mająca problemy z tętnem, oddychaniem i z czym się jeszcze tylko da przy biegach powyżej 60 metrów, czyli przy wszystkich, które wymagały rozłożenia sił zamiast szybkiego sprintu(M moje wspomnienia z biegania sprintem skwitował porównaniem do jakiegoś geparta czy innego zwierza)
 wczoraj wieczorem zaliczyłam ponad 8km biegu,a  miało być max 5 by się nie przemęczyć. Każdy kilometr trwał nie dłużej niż 9 minut, najlepszy 7 minut i trochę. Byłam z siebie tak dumna, że do teraz mi endorfiny latają po ciele :)



Dlatego czuję, że jeszcze bardziej  polubię bieganie.
W końcu robię to dla siebie - dla kondycji, gospodarki hormonalnej, prawidłowego oddychania i lepszego samopoczucia. Nie muszę się z nikim ścigać, nie muszę być zawsze najlepsza. Ale muszę walczyć sama ze sobą, bo mimo, iż nie mam nadwagi to każdy krok, każdy skok, każdy metr pokonany jest dla mnie trudny.

Łatwiej jest mi się nauczyć czegoś z zagadnień administracyjnych czy językowych niż zmobilizować się do ruchu. Co jakiś czas tylko sobie obiecuję -"zrobię to" i nie robię. To znaczy coś robię, ale nie to. Mięśnie brzucha mam świetnie wyćwiczone, ale co z tego skoro oponka na brzuchu je zasłania? I nigdy nie mogłam się zmotywować. Zaparłam się i mimo krótkiego snu dziś czuję się wyjątkowo dobrze (trochę mi się oczy zamykają na myśl o nadchodzącej całonocnej podróży)  i mogę przenosić góry i projektować oceany.

Najpiękniejsze jednak jest to, że :
a) nie potrzebuję do tego Ewci czy innej kobietki o nienagannej sylwetce (jak się dowiedziałam źle wykonującej ćwiczenia), która próbuje "mnie" podtrzymać na duchu słowami "oddychaj, dasz radę"- taaa już bo ;]
b) zawdzięczam to tylko i wyłącznie sobie - to moje nogi stawiają kolejne kroki w moim rytmie, to moje małe  serduszko pika jak szalone, moje tętnice przetaczają moją za małą ilość hemoglobiny czy innych cudów.
c) wbrew opinii innych daję radę i wierzę w siebie- pokonywanie kolejnych barier jest ważniejsze niż ostatnio sądziłam, to znaczy próbowałam sądzić. Spychałam gdzieś problemy i nie chciałam do nich wracać. Biegnąc z rozwianymi włosami myślę o różnych rzeczach, oddycham i wrzeszczę z radości, że kolejny kilometr za mną.
d) doceniam swoje sukcesy- wiem, że inni biegają szybciej, więcej, lepiej, mniej się męczą, pocą (niepotrzebne skreślić, pożądane dopisać), ale dla mnie jest to kolejny sukces. O tyle ważny, że będą kolejne, bo ten wysiłek fizyczny daje mi niesamowitego kopa do działania. Naprawdę wierzę w siebie i w to, że tym razem uda się spełnić marzenie o ładniejszej sylwetce (chociaż i tak najbardziej lubiłam chłopięcy okres w moim życiu pt. zero brzucha, zero cycków to i tak uda miałam duże-dobrze, że to tylko mięśnie) i lepszej kondycji...

 Zastanawiam się jednak, czy dam radę biegać po terenie górzystym, w jaki się dzisiaj wybieram na kilka dni. Poprasowałam wczoraj, zatem wszelkie możliwe zadania zostały wykonane. Samoocena wzrosła, uśmiech z twarzy nie schodzi- wróciła dawna ja :)

foto: tradycyjnie mojego autorstwa

Coś się dziś rozpisałam, obawiam się, że będzie więcej wpisów o bieganiu, jedzeniu i innych dziwactwach. Sama siebie nie poznaję, że takie sprawy mnie interesują, ale cóż- z biegiem lat muszę zacząć działać, by utrzymać się w świetnej formie i mieć szansę na piękne i mądre dzieci, za którymi potem nadążę biegać, bo póki co nie byłam w stanie dogonić zwiewającego dwulatka :)



Gdy "nie chce mi się" zwycięża...

Setki, a nawet tysiące poradników napisano już o motywacji, samorozwoju i innych tego typu zagadnieniach. Jak nauczyć się języka, jak schudnąć, jak wyrzeźbić ciało, jak nauczyć się szyć/gotować/ sprzątać/ opiekować dziećmi (niepotrzebne skreślić, potrzebne dopisać). I kupujemy lub ściągamy z Internetu na potęgę, by potem pochłaniać treść tam zawartą.

Jakiś czas temu miałam duży wpływ na wygląd redakcji obywatelskiej przez co - czy chciałam czy nie - oprócz wyglądu (tzw. miła aparycja) miałam też mieć wiedzę jak zjednać sobie przyjaciół i cośtam, jak zarządzać zespołem i tak dalej. To nic, że zespół to tak naprawdę garstka bliskich mi osób, bo reszcie się nie chciało robić. To nic, że bardziej ucieszyłyby nas pieniądze niż kolejne słowa.

Ważne, że weszłam w posiadanie supehiperpoczytnych (do dziś w empiku widocznych) książek dla superlidera. Jedna z nich to 7 nawyków skutecznego działania. Już teraz mogę stworzyć kolejne 3 nawyki, a co tam - gość pisze o takich oczywistych kwestiach, że miałam duży problem, by w miarę spokojnie przebrnąć do końca. Istna masakra.

Jak wobec tego poradzić sobie z lenistwem lub lękiem przed porażką? Z odkładaniem wszystkiego na później? Sprzątaniem po sobie od razu jak się nabrudzi? Robieniem projektów/tłumaczeń/potrzebne dopisać na czas i z niskim poziomem stresu zamiast na chwilę przed deadlinem z ciśnieniem wysokim jak Mount Everest?

Trzeba się zmusić. Na nic czytanie tych "cudownych" książek, w których autor pisze "wstawaj godzinę wcześniej, idź spać godzinę później"- jak się nie zmusisz, nie będzie efektów i zmarnujesz ten czas. Ba!
Niewyspanie spowoduje, że swoje zadania wykonasz gorzej. Słowem - schowaj książkę w gdzieś i zacznij podejmować decyzje samodzielnie.

Dla przykładu dziś zmuszę się do:
-biegania (chyba że noga jak wczoraj odmówi współpracy, ale nie wierzę, by mi to zrobiła)
-wyprasowania tej sterty ubrań i wyprania nowej, cudownej, ogrooooomnej sterty.

I wystarczy, na pewno sobie coś wymyślę w międzyczasie a założenia muszą być wykonalne. Nie mogę po raz kolejny zaplanować masy rzeczy i załamać się, że tak mało zrobiłam. To dobija i zabija mojego małego ambitnego ludzika w serduszku. Ba, to wkurza moje perfekcyjne ja.

PS Pogoda zaczyna płatać figle, w moim sercu cały czas buszują wspomnienia gorącej, acz wiejącej delikatnym wiatrem  Katalonii, zatem wybór dzisiejszego zdjęcia na osłodę jest prosty :)

Jak można poznać samego siebie?

Nie przez obserwację, ale przez działanie ... -  słowa te kołyszą mi się teraz w głowie.


Długo mnie tu nie było. Najpierw problemy z Internetem, potem ogólne zmęczenie, zniechęcenie, zwątpienie.
Ostatnio dużo wątpię. Chyba mam problem z określeniem kierunku, w którym chcę podążać. Chcę czy powinnam? Nieważne, jakiś trzeba obrać.


Dziś mam "obniżony nastrój", tak już trochę zaczyna śmierdzieć depresją. Zastanawiam się w jakim celu piszę tutaj cokolwiek, skoro nie wiem o czym pisać. Skoro nie wiem do kogo pisać. Skoro nie wiem po co.
Podobnie z całą moją postacią - nie wiem co robię dobrze. Mówili, że robię dobre zdjęcia, że świetnie piszę. Gdyby tak było- płaciliby mi za to. A tak nie było. Fuksem dorobiłam się dwóch wystaw - Bruksela ujrzała moje zdjęcia tylko dzięki kasie z UE.


Nie robię na drutach, nie szydełkuję, nie szyję, nie tworzę biżuterii. Moje torty i inne wypieki nie są rozchwytywane i pożądane - spadają mi z rusztu w piekarniku i w ten sposób przeżywają swoje aborcje. Moje teksty nie są tak wybitne, by ktokolwiek mi za nie zapłacił. Nie znam tak świetnie języka by móc cokolwiek tłumaczyć nawet za przysłowiową złotówkę. Udzielam korków i na tym zarabiam, bo nikt nie wie, że tak naprawdę, moim zdaniem, nie robię tego tak dobrze, jak powinnam.

Zastanawiam się, jak niektórym ludziom udało się np. zarabiać na robieniu zdjęć ślubnych, skoro ich kadry i ostrość sprawiają, że trzyletnie dziecko telefonem zrobiłoby lepsze zdjęcie. Obserwuję tych ludzi, kolejne dzieła przez nich sfotoszopowane i krew mnie zalewa, bo, dlaczego, do jasnej choinki, mi się nie udało?
Kiedy odkryję to, w czym jestem dobra i zacznę na czymś zarabiać?

Przecież musi być coś takiego, to niemożliwe, bym nie miała chociaż jednej umiejętności!
Jest to możliwe?
Niby każdy ma jakiś talent...
A co jeśli dla mnie zabrakło ?
Albo nie dostrzegłam go w porę i uciekł, zmarniał, umarł, słowem-nie ma go?